wtorek, 9 grudnia 2008

piątek, 11 kwietnia 2008

MAM GO. MANGO!


W Polsce mało wyrazisty. Niby piękny, czerwony, kuszący, a jednak lekko bez wyrazu, polotu i smaku. Jednak... wystarczy trochę cierpliwości, niewielu dodatków i prawie zero wysiłku i można wyczarować coś, co... oczaruje.
Wiedziałam, że musze coś zrobić, bo kupiłam nieprzyzwoicie tanie mango. Dużo ich kupiłam, bo ostatnio ktoś mocno zachwalał. Rozpakowałam w domu i... postanowiłam, że dam im dojrzeć. Ale ile razy przechodziłam obok miski i rzucałam okiem na przepięknie usmiechające sie do mnie owoce, tym mocniejszą czułam potrzebę pokopania. Przekopania raczej. Książek i forów w poszukiwaniu czegoś szybkiego i zjadliwego.


owoc pierwszy


Jeszcze nie nazbyt dojrzały, ale kuszący.

Obrałam go, pokroiłam w kosteczkę i zamarynowałam z sokiem z jednej cytryny (limonka byłaby lepsza) i połową skórki otartej z tejże. Dodałam dwie łyzki miodu pomarańczowego (zwykły tez pasuje) i zostawiłam spokojnie w lodówce na parę godzin.


Potem wzięłam:


1/4 kostki masła,




130 gramów bułki tartej,




4 łyzki cukru demerara,




1/4 łyżeczki mielonego imbiru.


Masło rozpuściłam a resztę składników dokładnie wymieszałam. Na maśle zaczęłam rumienić bułeczkę z dodatkami. Robiłam to tak długo, aż całość zrobiła sie mocno ciemna, bo cukier zaczął sie rozpuszczać i tworzyć z bułeczką apetyczne karmelowe grudki. Przestudziłam.

Przemacerowane cytrynowo-miodowe mango wymieszałam z 450 gramami greckiego jogurtu.

I prawie już finiszowałam: wzięłam cztery szklanki, na bardziej wystrzałową okazję wezmę kieliszki od czerwonego wina. Połowę jogurtowo-owocowej masy rozdzieliłam na cztery części. Włożyłam je na dno szklanek. Posypałam to obficie karmelowymi okruszkami, znów położyłam jogurt, na wierzchu wylądowały okruszki. Jeszcze tylko odrobina miodu pomarańczowego i zupełnie nie pasujące do całości (ale moje ukochane) rureczki czekoladowe i.... znów na chwilę do lodówki.

Musze przyznać, że nie spodziewałam sie rewelacji, ot deser z serii "zrobić i zapomnieć". I po raz kolejny przekonałam się, że bycie niewiernym Tomaszem bozbawia ludzi wielu życiowych przyjemności ;-).

OWOC PIERWSZY okazał sie absolutnym sukcesem!

sobota, 15 marca 2008

Jak ze sklepu!


Piekłam wcześniej chleby, i owszem, ale wszystkie, wbrew temu co mówili jedzący, to dla mnie nie było „to”. Czegoś mi w nich brakowało. Kombinowałam z dodatkami, większą lub mniejszą ilością zakwasu, wreszcie z artystki stałam się rzemieślniczką pogodzoną z myślą, że własnymi rękoma nie stworzę już nigdy czegoś równie smacznego jak współczesny chemiczny chleb ze sklepu. Aż wreszcie – dzięki którejś z mniamowych albo cinowych specjalistek – okryłam, że i mnie można powiedzieć: „Upiekłaś coś, co smakuje jak chleb z piekarni!”. Kiedy pierwszy raz usłyszałam te słowa, aż pokraśniałam z zachwytu. Teraz powtarzam to innym. Ale oni nie wierzą. Rozumiem, bo sama bardzo nieśmiało podeszłam do świeżo nabytej wiedzy. Ale warto spróbować! Nie ma bowiem w tym prawie żadnych czarów. Jest za to kilka dolarów inwestycji i magia zwykłego-niezwykłego człowieka. Guru światowych chlebopieków, człowieka, którego podobizna powinna wisieć w każdej szanującej się kuchni. Jeffrey Hamelman. Voila. Oto CHLEB Z PIECZONYMI ZIEMNIAKAMI, genialny w swojej prostocie i smaczny, jakby prosto ze sklepu ;-)

CHLEB Z PIECZONYMI ZIEMNIAKAMI

Wstępna fermentacja:

2 ¼ kubka mąki chlebowej (lub jakiejkolwiek ulubionej),
¾ kubka wody,
1 łyżeczka soli,
1/8 łyżeczki suszonych drożdży lub ¼ świeżych

Rozpuść drożdże w wodzie, dodaj mąkę i sól, mieszaj tylko do czasu połączenia i uzyskania gładkiej konsystencji. Przykryj miskę folią spożywczą i odstaw na 12 do 16 godzin w ciepłe miejsce (temperatura ok. 22 stopnie).

Chleb:

4 kubki mąki chlebowej (lub jakiejkolwiek ulubionej),
1 kubek mąki z pełnego przemiału,
1 5/8 kubka wody,
1 łyżka soli,
1 ¼ łyżeczki suszonych drożdży lub ok. 2,5 świeżych
1 kubek (ciasno upakowany) pieczonych ziemniaków (wcześniej przeciśniętych przez praskę)
Cała wcześniej fermentująca mieszanka mąki, wody, soli i drożdży.







Do miski miksera albo do maszyny do chleba włoż wszystkie składniki ciasta OPRÓCZ wcześniej fermentującej mieszanki. Mieszać około 3 minut do połączenia się składników. W miarę jak ciasto stawać się będzie gładsze, dodawać małymi porcjami przefermentowaną mieszankę. Jeśli ciasto będzie się wydawać zbyt zwarte i suche, dodać odrobinę wody. Postępować tak, aż do uzyskania jedwabistego, niezbyt rzadkiego ciasta. Ciasto musi być odrobinę twardsze, niż normalna mieszanka chlebowa, bo ziemniaki, zawierają sporo wody i oddadzą ją ciastu podczas pieczenia. Dodanie zbyt dużej ilości płynu podczas mieszania, spowoduje utratę sprężystości upieczonego bochenka.



Przykryj miskę, odstaw do wyrastania na 1,5 godziny.


Zagnieć ciasto po pierwszych 45 minutach wyrastania.



Gdy minie 1,5 godziny, podziel wyrośnięte ciasto na dwie części. Uformuj ładne okrągłe bochenki, odłóż na posypany mąka blat. Przykryj folią. Gdy ciasto odpocznie (po ok. 10-20 minutach), uformuj według uznania. Znów przykryj folia.


Odstaw do wyrośnięcia na kolejne 1 ¼ godziny.

Rozgrzej piekarnik do maksymalnej temperatury. Natnij bochenki, spryskaj piekarnik. Włóż bochenki do piekarnika, znów spryskaj. Piecz w temperaturze ok. 230 stopni Obniż temperaturę w momencie, gdy chleb zacznie lekko zmieniać kolor. Piecz około 30-40 minut. Zawartość ziemniaków powoduje, że chleb rumieni się szybciej, niż zwykły chleb, dlatego jeśli zacznie się przypiekać, zmniejsz jeszcze bardziej temperaturę pieczenia (o ok. 10 stopni).



Hamelman radzi, żeby porcję surowego ciasta podzielić na dwie części. Mi się jednak najbardziej podoba w jednym kawałku, włożone i wyrośnięte pięknie w dużej kwadratowej blasze. Przypomina mi wtedy chleby, które jako młoda pannica jadałam na Kaszubach, kiedy jeździłam na truskawkobrania. Brak mi tylko do tego świeżo odciskanego masła.


Ale na to jeszcze przyjdzie czas ;-)))

Release to-be

Świadomość, że marzenia jednak się spełniają a to, co było odległą przyszłością, jest już w zasięgu ręki - daje potężnego kopa. Wtedy nawet konieczność podniesienia się o 4.00 rano nie przeszkadza. Ba - wstaje się jak na skrzydłach, a do kopalni jedzie się ze śpiewem na ustach.


MENU NA NOWY CZAS

I Śniadanie:

Haust ożywczego, rześkiego, prawie już wiosennego powietrza, popity koktajlem z marzeń, pragnień i miłości.

II Śniadanie

Uśmiechajace sie do mnie własne odbicie w szybie.

Obiad:

Ogromna porcja Dobrych Ludzkich Myśli z górą słatki z wiosennych promieni słońca. Deser - odwzajemniony uśmiech kolejnego przechodnia na ulicy.

Kolacja:

Ciepły płomień świec odbijający się w kieliszku po dobrym czerwonym winie.


ZA TYDZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ NOWEGO ŻYCIA. Postanowiłam się nie bać :-)

czwartek, 20 września 2007

Ogniu, krocz za mną!


Z listu Grzegorza:

"Witaj, pytałaś o śliwowicę. Proszę, oto przepis:

Wszystkie likiery typu śliwowica robię podobnie: ważne są proporcje: 4 kg śliwek węgierek (im bardziej soczyste tym lepiej) Może też być mieszanka: 3,5 kg małych węgierek i 0,5 kg większych soczystych śliwek). 4 litry wódki, 4 litry spirytusu.

Alkohole mieszam aby uzyskać roztwór ok. 70% i zalewam nim śliwki (śliwek nie dryluję, niewielką część nacinam, resztę pozostawiam nietkniętą, aczkolwiek umytą) Tak przygotowany alkohol nie zasuszy śliwek i nie pozwoli im się zepsuć. Całość zostawiam w butli na okres nie mniej niż 6 miesięcy (im dłużej tym lepiej – np. do czasu zebrania wiśni na wiśniówkę :-) ). Po okresie nasiąkania alkoholem (przypominam - 6 lub więcej miesięcy!), zlewam alkohol do butelek. Pozostałe w butli śliwki zasypuję cukrem. Wystarczy 2,5 – 3 kg (dobrze jeśli 0,5 kg to cukier trzcinowy, reszta 2-2,5 kg - biały). Od czasu do czasu butlą należy potrząsać, tak by cukier szybciej się rozpuszczał.


Kiedy uzyskasz już dużo soku (ok. 2-3 miesiące), mieszasz sok i alkohol odpowiednio dobierając słodkość śliwowicy (słodsza śliwowica jest chętniej pita przez dziewczyny, mniej słodka przez chłopaków).


Śliwowicę rozlewasz do butelek i w zasadzie już jest dobra do spożycia (z wiśniówką jest inaczej – wiśniówka potrzebuje czasu na dojrzewanie. Jest pyszna po ok. 3 latach). Śliwek nie wyrzucaj, zostaw ich część lub całość zalanych w śliwowicy.


Są pyszne, niewinne, słodziutkie i …. Szybko upijają, ale jak upijają… ha! Coś na ten temat może powiedzieć moja Renata.


W tym roku wg powyższego przepisu zrobiłem żurawinówkę, ale jeszcze nie wiem, czy jest OK. Na pierwszy niuch i mlask smakuje dobrze ale…. Trzeba więcej popróbować.

Pozdrawiam serdecznie i życzę owocnej (śliwkowej) pracy".


Tyle Grzegorz. Oprócz listu był też załącznik. Niepozorna półlitrowa butelka z odręcznym napisem: "Śliwowica 2005". Zmierzyłam sie z nią dziś wieczór. Ogniu... krocz za mną... do łóżka... jutro dam znać, czy zeszłoroczne śliwki to dobry środek nasenny :-)

sobota, 15 września 2007

JEŚĆ!!!


Dawno mne nie było. Zgłodniałam! Jakoś mi tak czegoś brak bez... konsumpcji. Najgroszy moment w ciągu dnia jest wtedy, kiedy już mam w głowie to, co będzie albo wiem, co mam w lodówce. I jak już mam, to przeważnie jestem jeszcze daleko od składników. A jak wpadam tam, gdzie składniki, to jestem już tak głodna, że nie potrafię się opanować. Bo już.. już... a jednak jeszcze niezupełnie... Wtedy.. pół bułki z masłem, reszta wędliny, cokolwiek, byle zagłuszyć przejmujące wewnętrzne "JEŚĆ!!!!".


Dziś mi się udało. Wytrzymać się udało!

Drżącymi ręcy wyjęłam z lodówki:

1 sporą cebulę,
2 średnie ząbki czosnku,
6 średniej wielkości pomidorów,
250 gramową kostkę sera halloumi,

Z szafki:

domowy makaron (250 gram),
oliwę,

Z ogrodu:

trochę bazylii (po pokrojeniu 2-4 łyżki),
trochę natki pietruszki (ok. 2 łyżek).



Gdy makaron już bulgotał, posiekałam drobno czosnek i cebulę, pokroiłam pomidory (usunęłam wczesniej pestki, pokroiłam resztę w kosteczkę). Halloumi ż pokroiłam w kostkę.

Zaczęłam od oliwy - rozgrzałam ją (2 łyżki) mocno na patelni, na nią wrzuciłam cebulę i czosnek, posoliłam, zżeby się nie przypaliły. Gdy zmiękły, przełożyłam do miseczki, na oliwę wrzuciłam halloumi. Smażyłam chwilę na złoto, momentami nawet na bardziej, niż złoto :-). Gdy halloumi był już śliczny i brązowy, spowrotem na patelnię powędrowała cebulka z czosnkiem, do tego pomidory, sól, pieprz, pocięte nożyczkami bazylia i pietruszka, ugotowany makaron. Zamieszałam tylko tyle, żeby całość była ciepła i mocniej niż apetyczna. I... na tależ!

Bosh! Warto było zamknąć uszy na przeraźliwy krzyk głodnych oczu :-)

środa, 15 sierpnia 2007

Smak zdobywania

No niby teorię człowiek świetnie zna. Ale.. to tylko teoria, niestety. Praktykę zdobywa się od... praktyków! Odkrywcza to ja nie jestem, neistety, ale... znów sie o tym przekonałam. A zaczęło się lata temu, gdy znienawidziłam grzyby. Będąc dziecięciem w kolebce natrafiłam na parę takich okazji i znienawidziłam i już. Ale... jakieś pół roku temu z powodu przeraźliwego marsza grania i głodowania przez cały dzień, chyciłam pierwszy talerz, jaki postawili przede mną nasi ówcześni kucharze. Pech (jak wtedy myślałam), ze to był makaron z grzybami. Nie było wyjścia. Zamknęłam mocno oczy, wzięłam głęboki oddech i ... DOZNAŁAM OLŚNIENIA! To była najlepsza rzecz, jaką dotychczas jadłam! Miało konsystencję aksamitu, a smak... połączenie subtelnej delikatności, lekkiej naturalnej słodyczy, zapachu grzybów i czegoś jeszcze... nieuchwytnego! Zjadłam, nawet talerz potem jeszcze chlebkiem oczyściłam i poleciałam do kuchni. Prosiłam, błagałam, groziłam. NIC! Zaparli się i tyle. Jak osły. Nie chcieli mi powiedzieć i już.
Ale od czego przysłowie "jak diabeł nie może..." Kosztowało mnie to parę zarwanych wieczorów i kilka butelek tak zwanego destylowanego ziemniaka. Głowa bolała, w żołądku bywało ciężko, ale w końcu mi się udało. Okazało się, ze receptura jest tak prosta, jakie morze ziemniaka wylałam, żeby sekret posiąść :-).

W sobotę weszliśmy do lasu i nakosiliśmy, dosłownie - nakosiliśmy mnóstwo kurek. W niedzielę mój mąż rozmarzonym głosem wspominał kurki w śmietanie. A że składniki były... znów stworzyłam tę ambrozję.
Oj, jak warto ją zrobić! Oj, jak bardzo warto! I mówię to ja, która grzybów do ust nie bierze!

Kurki w śmietanie takie, że dech zapiera!



duża miska kurek,
1/2 cebule,
1/2 litra śmietanki 30%
1/2 kostki rosołowej drobiowej lub takaż ilość owej przyprawy w proszku,
sól, pieprz,
masło, odrobina oliwy.

W zasadzie potrawę trzeba czynić na raty, alebo na dwóch patelniach, ja robię w ten drugi sposób.
Śmietanę wylać na patelnię, zagotować i odparować. Mieszać od czasu do czasu. Odparować mniej więcej do połowy objętości albo do konsystencji rzadkiego budyniu.

Kurki dokładnie umyć z piachu, masło z oliwą rozgrzać na patelni. Cebule pokroić w drobną kostkę, zeszklić na średnim ogniu. Zwiększyć ogień, wrzucić grzyby. Małe kurki smazyć w całości, duże pokroić. Kurki najpierw puszczą dużo wody, odparować ją prawie do zera na ostrym ogniu. W trakcie odparowywania grzybów, dodać pół kostki rosołowej lub posypać przyprawą. Lekko popieprzyć, ewentualnie dosolić, tylko z solą uwaga, bo przyprawa lubi być słona! Gdy woda z grzybów odparuje, dodać gęstą już śmietanę i zamieszać.
I podawac na gorąco. Z pieczywem - jako przystawkę, lub z makaronem jako doskonały i mocno ekslkuzywny obiad.

To jest tak dobre, ze nie chce się zaprzestać rozpasanej konsumpcji. Do dziś nie moge uwierzyć, ze sekret był tak prosty - odparowana śmietana i odrobina chemii... Chemię w kuchni omijam szerokim łukiem, ale te grzyby... to wyjątek potwierdzający regułę.
Acha - można tak przyrządzić każdy rodzaj grzybów - są równie doskonałe, co kurki!

piątek, 3 sierpnia 2007

Funeral Blues W.H. Auden



Niech staną zegary,
Zamilkną telefony,
Dajcie psu kość,
Niech nie szczeka,
niech śpi najedzony.

Niech milczą fortepiany,
I w miękkiej werbli ciszy,
Wynieście trumnę,
Niech przyjdą żałobnicy,

Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije,
I kreśli na niebie napis "Ona nie żyje!"

Włóżcie żałobne wstążki na białe szyje gołębi ulicznych,
Policjanci na skrzyżowaniach niech noszą czarne rękawiczki.

W Niej miałam moją północ, południe i zachód i wschód,
Niedzielny odpoczynek i codzienny trud.
Jasność dnia i mrok nocy, moje słowa i śpiew,
Miłość, myślałam, będzie trwała wiecznie,
Myliłam się.


Nie potrzeba już gwiazd - zgaście wszystkie - do końca!
Zdejmijcie z nieba Księżyc i rozmontujcie słońce,
Wylejcie wodę z morza, odbierzcie drzewom cień,
Teraz już nigdy na nic nie przydadzą się.


**********************


Stop all the clocks,
cut off the telephone,
Prevent the dog from barking with a juicy bone,
Silence the pianos and with muffled drum
Bring out the coffin,
let the mourners come.


Let aeroplanes circle moaning overhead
Scribbling on the sky the message She is Dead.
Put crepe bows round the white necks of the public doves,
Let the traffic policemen wear black cotton gloves.


She was my North, my South, my East and West,
My working week and my Sunday rest,
My noon, my midnight, my talk, my song;
I thought that love would last forever: I was wrong.


The stars are not wanted now; put out every one,
Pack up the moon and dismantle the sun,
Pour away the ocean and sweep up the woods;
For nothing now can ever come to any good

wtorek, 24 lipca 2007

Jak motyle.. :-)

Trzy posiłki. Pół godziny przed pierwszym, na czczo - owoc. Przykładowe śniadanie: chudy twarożek z takimż jogurtem i dużą ilością ulubionej zieleniny, 2-3 kromki chleba typu deska, fuuuuuuura warzyw. Trzy godziny przerwy. Obiad (przeważnie w pracy): kabanos, kawałek sera camembert, fuuuuuuuura zieleniny. Cztery godziny przerwy. Kolacja: soczewica z sosem pomidorowym i fuuuuuuurą warzyw. I da sie przeżyć. Naprawdę.
To ciężka walka, którą podejmuję już nie wiem który raz. Ale moze tym razem się uda???? MUSI! Powtarzam sobie w myśli, ze tym razem musi. Tym bardziej, że widzę pierwsze efekty, ta dieta czy moze inaczej - sposób zywienia mi bardzo odpowiada, a posiłki nie są monotonne, choć skłądające się ze średnio bogatej ilości składników. Odkryłam bardzo, w zasadzie nawet bardziej, niz sesnsowną stronę na temat Diety Montignac i stamąd czerpię natchnienie. Są porady, świetne przepisy, dokładne opisy metody i jej zasad. Strona jest naprawdę świetna, i choć nie mam na razie śmiałości odzywać się na forum, to za tym pośrednictwem - dziewczyny, dzięki!
Ale... nie o tym miało być...

Dziś cały dzien szło mi bardzo dobrze, ale wieczorem się zaczęło. Nosić mnie zaczęło konkretnie. I poczułam, że jak czegoś nie zrobię, to zwariuję. Bo poczułam... SSANIE! Przemożne, dzikie, wielkie, pożądliwe SSANIE. Na słodkie to było ssanie!!!
W desperacji chwyciłam portfel i chiałam lecieć po czekladę z okienkiem, ale tu... w drzwiach zaparł się mój mąż! Zagroził sankcjami, jeśli polezę. No i... zostałam. Ale... HA! Od czego głowa i podpowiedzi na róznych forach...

Było niskokaloryczne frappe i ... marzenia o średnio-niskokalorycznym, ale dopuszczalnym tylko nie do tego rodzaju posiłku - cieście pod chmurami wg. Nigelli :-))

Wszystko wyszperane na forum mniama i lekko dopasowane do ssącej, aczkolwiek niskokalorycznej potrzeby :-))))

Frappe

Wysoka szklanka
dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej zbożowej (ja używam zbożowo-zwykłej), czyli albo ricore (do dostania wszędzie) albo cafea (o dostania w żabce, sporo tańsza a równie smaczna jak rocore),
łyżeczka do dwóch fruktozy (w zależnosci od "słodkości" zębów)
lód, mleko 0,5%

Do szklanki wsypać kawę i fruktozę. Zalać odrobiną wody (fajna jest gazowana), ubijać mieszadełkiem do cappucino. Jak piany będzie dużo dużo i już nie będzie się w trakcie ubijania podnosić, dodać dwie kostki lodu, uzupełnić zimnym mlekiem. Ale wypas!

I chocolate cloud cake (wersja MM, do posiłku tłuszczowego)

Ciasto:
250 g ciemnej czekolady minimum 70%,
125 g masła,
6 jajek: 2 całe, 4 żółtka, 4 białka,
175 g fuktozy,


ewentualnie:
2 łyżki likieru pomarańczowego albo innego alkoholu,
starta skórka z pomarańczy
Obłoczek:
500 ml kremówki,
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
ew. 1 łyżeczka likieru (lub brandy i aromatu pomaranczowego),
Gorzkie kakao do posypania

Tortownica o średnicy 23 cm
Białka ubić na półsztywno, pod koniec ubijania dodać 100 g fruktozy i jeszcze przez chwilę ubijać.
W osobnej misce ubić jajka, żółtka, masło, rozpuszczoną i schłodzoną czekolade, cukier. Wmieszać skórkę pomarańczową.

Obydwie masy delikatnie połączyć (najpierw wmieszać łyżkę białek, rozmieszać żeby masa czekoladowa była lżejsza i potem delikatnie domieszać resztę białek).

Wlać do tortownicy, w której wyłożone papierem albo wysmarowane tłuszczem jest tylko dno. Piec w 180 st. albo 30-40 minut albo do czasu az ciasto będzie matowe i popękane z wierzchu.
Środek ciasta po wyjęciu sie zapadnie.

Wyjąć, położyć w tortownicy na kratkę, ostudzić. Wyjmować dopiero, gdy będzie chłodne.

Ubić śmietanę z alkoholem. Nałożyć ją na środek ciasta, tam gdzie się tak ładnie zapadło.

niedziela, 22 lipca 2007

Droga na Ostrołękę...

Mogłabym być marynarzem. Wody się boję, ale co tam! Od czego nowoczesny sprzęt pływający w postaci dmuchanej kaczki albo rękawków do pływania :-) Mogłabym na ten przykład pływać po wodach płytkich, śródlądowych. Wolę zresztą takie rejsy - wolne, leniwe, nicniemuszące, kontemplacyjne...

Pływać chciałabym, no bo dobrze w każdym porcie (choćby i płytkim, śródlądowym) kogoś mieć. Oj jak dobrze. Super jest świadomość, że gdzie nie pojedziesz, tam zawsze ktoś na ciebie czeka. I nawet jeśli przypłyniesz bez wcześniejszej zapowiedzi, to wystarczy jeden telefon i znajdzie się para ciepłych skarpetek i kubek herbaty z rumem.

Byłam ostatnio w jednym takim porcie. I po tej wizycie zrobiło mi się miło i ciepło. To już parę dni temu, ale wciąż o tym myślę... Człowiek potrzebuje przynależności. Tę kolorowa i rozkrzyczaną przynalezność znalazłam na mniamie. I ten człowiek potrzebuje też mieć kogoś, kto myśli podobnie. I bez zobowiązań. I niekoniecznie przymusza do posiadania takiego samego zdania na każdy temat. Bo to dobrze dowiedzieć się, że każdy ma podobne problemy, wątpliwości czy przeżywa podobne uniesienia a wzrusza go zasadniczo to samo, tylko opakowane w inny papierek.
Miło jest czasami posiedzieć i tak po prostu pogadać. A najcieplej robi się wtedy, kiedy się kogoś zna "na odległość: a wchodzi się do jego domu (obcego zasadniczo), dostaje skarpetki i herbatę i siedzi, siedzi, siedzi i gada. Ot tak. O wszystkim i niczym. O ciąży, chorobie, ostatnio kupionej bieliźnie i kwiatach które sąsiadka obiecała dać do rozsadzenia. O śmieciarce, która nie może dojechać od wczoraj i cudownych nalewkach polskiego hrabiego we Francji. Bosko, że nikt nie czuje się skrępowany, że co chwila wychodzi, żeby coś sprawdzić albo popracować, a rozmowa toczy się dalej przy udziale dowolnej ilości osób.

Zasadniczo powinnam dostać komisyjnie w zęby za napisanie o herbacie. Herbata. Pac! Her... bata. Pac! Pac! Her... dobra, przyznam się... uczta jaka na mnie czekała, powaliła mnie z nóg!
Były: faszerowane pomidory na ciepło (Pycha!), hawajska sałatka z dorsza, mango i sałaty z dressingiem z curry i jogo/majo (Mniamć!), wytrawne muffiny z serem halloumi, oliwkami i suszonymi pomidorami (Niebo w gębie!) i ciasto jagodowe (Moja dieta stała się przeszłoscią!).
Byłam pod wrażeniem! Matka trójce dzieci w tym jednemu absorbującemu oseskowi, żona mężu, gospodyni domu, podsumowując - chodzący ideał.
Tak szybko minął nam czas, że zapomniałam w ogóle zapytać o przepisy. Ale muffiny, które zdaniem autorki były niedobre a mi smakowały bardziej niż mocno, sprokurowałam własnnymi siłami i dałam rodzinie do pożarcia. Nie jęczeli, jak to zwykle mają w zwyczaju, gdy im coś nie pasuje ;-) Aaaa, halloumi, którego nie miałam pod ręką, zastąpiłam bardzo podobnym, moim zdaniem, oscypkiem (najlepszy byłby niewędzony, ale takiego też brakło). Nieeeebo w mojej dłoni!

Podwieczorkowa letnia doskonałość. Czyli wytrawne muffiny z oscypkiem (serem halloumi), oliwkami i suszonymi pomidorami.

Na 12 normalnych lub 48 mini muffinów

1,5 szklanki mąki,
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
1 łyżeczka sody oczyszczonej,
100 g sera, pokrojonego w słupki,
garśc oliwek, przekrojonych na połówki albo ćwiartki,
garść suszonych pomidorów z oliwy, pokrojonych w paseczki,
szczypta soli,

2 jajka,
1/3 szklanki jogurtu greckiego,
1/3 szklanki mleka (plus ew. ok pół szklanki),
1/3 szklanki rozpuszczonego ostudzonego masła,

Wyłożyć blachę do muffinów papilotkami.

Rozgrzać piekarnik do 200 stopni

Suche składniki (w tym ser, oliwki, pomidory) wymieszać w dużej misce.
Jaja roztrzepać w osobnej misce, dodać resztę płynów, wlać do miski ze składnikami suchymi. Szybko "niedokładnie" wymieszać. To znaczy - składniki mają być połączone, ale nie zmiksowane albo wymieszane na gładko. Ciasto ma mieć konsystencję baaardzo gęstej, grudkowatej śmietany. Jeśli w trakcie mieszania okaże się, ze całość jest za sucha, dodać mleka, do uzyskania pożądanej konsystencji.

Nakładać ciasto dwoma łyżkami, do wysokości rantu w papilotkach, dzięki temu potem babeczki będą pięknie wyrośnięte i takie mocno puchate. Piec do zrumienienia. Wyjąć, ostudzić lekko na kratce. Można podawać ze zwykłym jogurtem greckim z dowolnymi ulubionymi ziołam, można z sosem tzatziki. Kawałek nieba w gębusi!

Aaaa, jeszcze jego. Przeglądając książkę Janaro, natknęłam się na super ciacha. Już stoją w kolejce do upieczenia ;-)


No fajnie być marynarzem!