poniedziałek, 21 lutego 2011

Podano! Czyli jak bardzo lubię przyjść na gotowe...


M. jest dziś pierwszy dzień w nowej pracy, ja powoli odstawiam najmłodszą młodzież od prywatnego źródła zdrowego nabiału i też staram się coraz więcej włączać we wspólne dorzucanie do domowej skarbonki.

Z tej okazji nam się dzis upiekło ;) I dosłownie i w przenośni...
Nie musimy dziś gotować, bo Wojtek robi moje ulubione canelloni z mięsem i szpinakiem w sosie pomidorowym. Pyszne, a co najważniejsze - proste. Mocno apetyczne połączenie wszystkiego, co lubię. Całość uwieńczona sporą ilością czosnku i żółtego sera.... MNIAM!że, do tego - zrobione w większej ilości - starcza na parę posiłków. I jeszcze da się świetnie mrozić!

Wojtkowe canelloni z mięsem, szpinakiem i czosnkiem w sosie pomidorowym.

0,5 kg dowolnego mięsa mielonego,
1 paczka mrożonego szpinaku,
1 opakowanie makaronu canelloni,
2 puszki krojonych pomidorów bez skórki,
2 ząbki czosnku (lub więcej, jeśli ktoś lubi),
pieprz, sól, olej

Najpierw Wojtek rozgrzewa patelnię, ż jest gorąca, wlewa na nią odrobinę (bo z mięsa powinien wytopić się tłuszcz) i smaży mielone. Kiedy mięso lekko się rumieni, dodaje do niego rozmrożony szpinak (można z powodzeniem dać mrożony, ale całość potrwa dłużej), pieprz, sól i czosnek do smaku i smaży, aż z tej mieszanki odparuje woda, której szpinak zawiera całe morze.

Kiedy już wody nie ma, odstawia całość do lekkiego przestygnięcia. W tym czasie wylewa do naczynia, w którym wszystko będzie sie zapiekało, pomidory z puszki. Soli, pieprzy, dodaje też jeszcze trochę zmiażdżonego czosnku i miesza.

Na głęboki talerz Wojtek wylewa teraz trochę oleju i zaczyna musztrować makaron jak dobrze wyszkolony batalion piechoty lądowej ;).
Bierze rurkę, macza ją w oleju - tak aby i na zewnątrz i w środku była naolejona, ustawia na talerzu i wkłada do środka sporo przygotowanego wcześniej farszu. Nawet lekko ugniata go wewnątrz kluchy.

I tak jedna po drugiej, raz za razem - faszeruje i układa gotową rurę na czerwonych pomidorach.
Potem już tylko polewa całość resztką pomidorów z puszki, posypuje całość baaaaaardzo obficie żółtym serem i wkłada do piekarnika rozgrzanego do ok 180 stopni na co najmniej 35 minut.
A potem już tylko odgania nas od piekarnika, bo chcielibyśmy zjeść wszystko, zanim się zrumieni na dobre ;)
Piecze całość aż na górze pojawi się apetyczna miejscami brązowa skorupka ze zrumienionego sera.


Potem wystawia blachę na stół i dzieli jak za starych dobrych czasów, kiedy nikt nie słyszał o ramekinach, kokilkach i mikro porcjach na osobę.

A my? Jemy, aż sie uszy trzęsą. I... bez żadnych skrupułów, bezwstydnie zapowiadamy się na jutro ;).




piątek, 18 lutego 2011

Co kraj, to obyczaj... czyli o scones


Imponują mi zadbane, uśmiechnięte, cudownie zorganizowane kobiety, które kiedy tylko mogą, rozpieszczają swoich domowników a to świeżymi bułeczkami, a to muffinkiem na kolację, a to czymś "nie-ze-sklepu" na śniadanie.

Imponują mi do tego stopnia, że od czasu do czasu mam zryw. Zryw chęci, sił witalnych i potrzeby stania się taką uśmiechniętą i promieniejącą o poranku matką i nie-żoną, która z błyskiem w oku i luzem w umanicurowanym paznokciu robi naleśniki, pancakes, muffiny i inne tajemniczo, acz smakowicie brzmiące małe śniadaniowe danka.
Zauważam jednak jedną prawidłowość - im częściej mam zryw, tym więcej mi się chce. Nie tylko o poranku. W 0góle mi się chce. Mam wrażenie, że jak zacznę się uśmiechać rano (bo inaczej nie można przecież smażyć tych słodko pachnących pankejków albo piec roztaczających cudowną woń bułeczek), to ten uśmiech jakoś tak samoczynnie zostaje. I czasami nawet udaje mi się go dotrzymać nawet do wieczora! Czasami gubię go w południe, czasami jeszcze wcześniej, ale zauważam, że coraz częściej udaje mi się jednak dotrawać ;).

Staram się więc dawać sobie pretekst do tych całodziennych uśmiechów. Pankejki weszły już na stałe do naszych porannych weekendowych menu. Postanowiłam więc tym razem coś zmienić. A ponieważ kupiłam ksiażkę zawsze uśmiechniętego Billa Grangera - Bill's Basics, musiałam coś z niej upiec ;).

Ngdy nie próbowałam sconsów. Od kiedy pamiętam - zawsze miałam ochotę je zrobić, nigdy nie miałam czasu (jak sądziłam). Wczoraj rano, uzbrojona w entuzjazm, książkę i uśmiech zabrałam się do roboty.

Scones (wersja Billa Grangera z moją małą modyfikacją)

3 łyżki miałkiego cukru albo cukru pudru,
450 gramów mąki,
2 łyżeczki proszku do pieczenia,
1 łyżeczka sody oczyszczonej,
200 ml słodkiej śmietanki,
125 ml wody gazowanej,
2 łyżki soku z cytryny,
odrobina mleka do posmarowania bułeczek,

podawać z:

dżemem truskawkowym
lub
gęstą kwaśną śmietaną albo bitą śmietaną

Rozgrzać piekarnik do 200 stopni, wyłożyć blachę papierem do pieczenia, oprószyć mąką.
Przesiać cukier, mąkę, proszek do pieczenia i sodę do miski. W drugiej misce wymieszać śmietankę, wodę, sok z cytryny. Dodać do drugiej miski z suchymi składnikami i wymieszać wszystko nożem. Wyrzucić na omączony blat, wygniatać do czasu aż całość stanie się gładka. Rozwałkować na placek o grubości ok. 2-3 centymetrów. Wykrawać ok 5 cm. szklanką lub karbowaną wykrawaczką koliste ciacha. Ścinki zagnieść na nowo i wykrawać do wykończenia ciasta.


Układać dość ciasno na blasze. Posmarować mlekiem i piec ok. 20 minut ż zrobią się puchate i bardzo ładnie zrumienione (mi pieczenie zajęło ok. pół godziny.
Podawać jeszcze lekko ciepłe z dżemem, śmietanką lub czymkolwiek ulubionym do tego typu pieczywa ;)

Wychowana na puchatych pszennych bułeczkach, trochę zasmuciłam sie finalną lekko wilgotną konsystencją sconsów. Po bliższym jednak zapoznaniu się z nimi, doszłam do wniosku, że mi pasują. Takie świeże, pachnące, ciepłe i lekko słodkie z dużą łyżką waniliowego serka homo, były uroczym potwierdzeniem tego, że uśmiechać od rana się warto ;-)
































































































































Choroba sercowa


Trochę to już trwa.. Niedługo, ale według lekarzy - wygląda na to, że na dłużej... Najciekawsze jest to, że wcale nie chcę się leczyć :)

Dowodem na siłę choroby jest fakt, że coraz częściej gotuję :)

Dziś była zupa sercowa ;)

Kiedyś gdzieś zamówiłam krem z buraków. I do teraz go pamiętam :) Nigdy wcześniej nie jadłam buraczków w tej postaci! A szkoda. Bo zachwycająca jest konsystemcja tej zupy w takiej postaci i jej kontrast z wyrazistością "wkładu" albo może dressingu, jaki się do niej podaje.

2 kg buraczków,
1 pęczek włoszczyzny,
mięso na wywar lub kostka rosołowa
1-2 łyżeczki chrzan,
1 łyżka serka Almette naturalnego,
1-2 łyżki gęstej śmietany
sól, pieprz

Ugotować wywar z mięsa i włoszczyzny, osobno ugotować nieobrane buraczki. Wywar doprawić do smaku, buraczki obrać, przekroić na parę kawałków. Całość zmiksować na krem.

W prostszej wersji - buraczki z włoszczyzną ugotować w wodzie z kostką rosołową (wiem, że to nie tak, ale od kiedy jestem matką trojga, zaczęłam mocniej szanowac każda chwilę), wyjąć włoszczyznę, zmiksować, doprawić.

Wymieszać serek z chrzanem i śmietaną. Całość ma mieć wyrazisty smak i konsystencję gęstszej śmietany. Zupę nalać do talerzy, gęstym kremem śmietanowym rysować wybrane wzorki.
Zjeść i chorować dalej :D

czwartek, 10 lutego 2011

Bieg przez płotki.


Bycie "pojedynczą" matką wydawało się absorbujące. Jak zrobiło się +1, to z niedowierzaniem stwierdziłam, że z jednym to była bułka z masłem. Ostatnio do tego 1+1 dodałam jeszcze 1 ;). No i muszę głośno stwierdzić - czapki z głów! że matki trojga, czworga, pięciorga i dalszych 'orga' muszą się mocno napracować, żeby ogarnąć cały ten bałagan..... chociaż ostatnio gdzieś czytałam rozmowę z matką ósemki, która stwierdziła, że najciężej było chyba do piątego, potem "samo się" robiło ;)


Może i samo, ale i tak to "samo", to niezły bieg przez płotki ;-). Z dzieciństwa pamiętam rozkoszne krzyki komentatorów sportowych po którymś z rzędu nieudanym występie Polaków na olimpiadzie, że "liczy się, proszę Państwa, nie wynik, tylko udział". Ale... jakoś to tak... no nie tak.


Widział ktoś na TLC program Kate Plus 8? Natknęłam się ostatnio i.... wyszło mi z tego, że jednak nie udział, a wynik :). No bo z niedowierzaniem widzę, jak matka ośmiorga, nie korzystając, jak twierdzi, z pomocy opiekunek, daje ze wszystkim radę i jeszcze wygląda... no, dobrze wygląda ;).

No to postanowiłam zrobić bieg przez płotki. I mieć i udział i wynik :D. Doszłam do wniosku, że grunt to chęć pomysł i dobry kuchenny gadżet.


A zatem. Presenting: Szybki bieg przez płotki z wynikiem :D

Trochę kuskusu,
Trochę rosołu lub gorąca woda i kostka rosołowa,
Trochę kukurydzy albo groszku, albo co kto lubi z mrożonki lub puszki
Coś zielonego (tu rukola), ale możze być też sałata lodowa albo jakiekolwiek inne świeże chrupiące warzywo (np. starkowana na cienkich oczkach marchewka)



Jeśli ktoś potrzebuje tak zwanego wkładu, to pasuje do tego wszystko: mięso z rosołu, kotlecik z niedzielnego obiadu, kotlet sojowy, resztka gulaszu...


I do roboty!

Wsypać kuskus do miski, zalać gorącym rosołem lub goraca wodą z rozpuszczoną w niej kostką rosołową jakieś pół centymetra ponad poziom kaszy. Zamieszać, przykryć do napęcznienia. Po krótkiej chwili wystarczy wymieszać kuskus z warzywem puszkowym. Ułożyć ciasno mieszankę w pierścieniu do dekorowania, ubić, zdjąć pierścień. Na wierzchu ułożyć piramidkę z zieleniny lub innego kolorowego warzywa. Obok położyć mięso lub jeśli mięsa sie nei jada - np. sos jogurtowy miętowy, czosnkowy lub jakikolwiek inny ulubiony. Niektórzy (buziaki M. ;) ) zjadają tę potrawę z majonezem. Można i tak ;)

I kolejny płotek zaliczony. Coraz bliżej ideału amerykańskiej Kate, na szczęśćie pociech zdecydowanie mniej :D


















środa, 9 lutego 2011

Otwórz drzwi...


Masz 38 lat. Kiedy doliczę do trzech, będziesz miała o 10 mniej. Raz, dwa, trzy. Masz 28 lat. Idziesz korytarzem. Po obydwu stronach korytarza widzisz drzwi. Po prawej - są drzwi z dobrymi wspomnieniam i nastrojami. Po lewej - ze złymi. Otwierasz drzwi po lewej.

Przechodzisz dalej. Masz teraz 18 lat. Znów otwierasz drzwi po lewej.

Kolejny krok i dochodzisz do końca korytarza i ostatnich drzwi. Masz teraz 8 lat. Znów otwierasz drzwi. Z otwartych przed chwilą pomieszczeń wypuszczasz wszystkie złe, niedobre, bolesne emocje, przeżycia i myśli, które były za tymi drzwiami.

Odwracasz się i widzisz przed sobą korytarz, który właśnie przeszłaś. Teraz po prawej masz rząd otwartych drzwi, po lewej - zamkniętych. Puste już pomieszczenia napełniasz radością i jasnością, która towarzyszy ci jako ośmiolatce. Wszystko, co włożyłaś do tych pomieszczeń, to w nich zostaje.

Zaczynasz wracać i zamykasz po kolei drzwi. Raz - masz 18 lat. Dwa - jesteś 28 latką. Trzy - wróciłaś. Wszystko, co zostało zamknięte za drzwiami, odtąd będzie ci towarzyszyć. Zaczniesz odnajdywać szczęście i radość, które towarzyszyły ci w dzieciństwie. Wyrzucisz z siebie strach, zaczniesz żyć.

Naprawdę ciekawe doznanie. Kiedy otworzyłam ostatnią parę drzwi i wypuściłam to, co było za nimi, nagle poczułam, że prawa strona mojego ciała stała się bardzo ciężka i mam wrażenie, że waży dużo więcej, niż lewa. Podejrzewam, że gdybym nie leżała wygodnie na łóżku, to z powodu przytłaczającego ciężaru jednej strony mojego ciała, po prostu spadłabym na ziemię.

A gdy byłam na końcu korytarza i miałam na powrót osiem lat, zobaczyłam to, co tam było. Był środek lata. Było cudownie słonecznie i ciepło (ale nei upalnie). Stałam w ogrodzie mojej babci i czułam rozpierające mnie szczęście. Takie po prostu - szczęście płynące z bycia tu i teraz, ze świadomości cudu trwającej chwili, z radości, że można być po prostu szczęśliwyi i nie trzeba bać się powiedzieć tego głośno, bo ktoś to zabierze...

To nie jest tak, że po każdym takim "zaklinaniu" wstaję i już jestem inną osobą. Nie. To zaklinanie, to raczej początek procesu, który zostaje nim uruchomiony. Czasami jego wpływ czuję wyraźnie, innym razem - wszystko przebiega delikatniej i bardzo dyskretnie. Ale trwa! Niekiedy pewne rzeczy po prostu "się stają", innym razem gdy jadę samochodem albo wracam ze sklepu z siatami czuję wyraźnie, jak odblokowują się zamknięte dawno klapki w mojej głowie i wracają jasne i rozsądne myśli, które już kiedyś się pojawiły, a potem zostały wciśnięte za najciaśniejsze zwoje mózgu i nie potrafią się stamtąd wydobyć. To bardzo trudne do opisania. To tak, jakbym kiedyś, dawno temu była kimś, z kim mi było dobrze, a przez lata ten ktoś nie dość że sie zmienił, to jeszcze nie potrafi nawiązać ze mną kontaktu. Inaczej - ja nie potrafię, bo po prostu zapomniałam, jaki jest fajny i sympatyczny. Na szczęście - ten ktoś wciąż jest, tylko zamknięty. Może za tymi drzwiami? Na szczęście wczoraj je otworzyłam i wypuściłam wszystko co tam było. Poczułam wyraźną ulgę. Czułam, że od dłuższego czasu tego właśnie potrzebowałam. Dziś czuję, że dorastam. Mam w końcu do pokonania aż trzydzieści lat...


Bardzo ciekawe doświadczenie. Polecam.


Zaraz coś ugotuję ;)



wtorek, 8 lutego 2011

Aaaaaa! Zabierzcie ten wiatr!


Życie nad morzem powinno uczyć. Wytrwałości przede wszystkim. Bo jak nie wieje, to leje. Lato jest umiarkowanie letnie a zima paciajowata i mokra. Wiem, wiem, wszystko wiem, w zasadzie do dziś mi to nie przeszkadzało. Jak widać jednak, na każdego kiedyś przyjdzie jego czas... Ten wiatr mnie dziś dobił. Oczywista oczywistość, że dzięki temu śnieg stopnieje, zrobi się ładniej, a to obrzydliwe błoto zniknie z moich butów, wycieraczek, podłóg, klatek i gdziebądź jeszcze zalega. Ale to do mnie nie mówi.
Jak pracowałam w radio, to na co dzień współpracowałam z policjantami, strażakami i lekarzami. Zawsze jak zaczynało wiać, to mówili, że "się zacznie". Na początku nie wiedziałam o co im chodzi, potem przekonałam się na własnej skórze ;). Jak zaczyna wiać, to w narodzie pojawiają się... zawirowania psychiczne... mówiąc delikatnie ;). Dziś już zresztą miałam przykład takiej sytuacji, postanowiłam więc odczarować dzień.
Na FB lubiacze piszą mi, że piekli muffiny. Poszłam za tym tropem. A że dziewczynki chore i mus jest siedzieć w domu, zrobiłam szybki przegląd lodówki. I nie powiem - jestem dumna, że od czasu do czasu robię tak nierozsądnie niepoukładane zakupy ;)
Muffiny wytrawne (dziś u mnie z cheddarem, szynką i ziołami).
Zasada jest prosta - trzeba mieć bazę i do niej dodawać to, co się lubi lub po prostu ma w lodówce ;). Baza jest niezmienną podstawą, smak nadają dodatki.
Baza:
3,5 szklanki mąki,
1/5 kostki masła
szklanka maślanki albo mleka, albo mleka z jogurtem naturalnym, generalnie cokolwiek białego ;-)
1-2 jaja (w zależnosci od wielkości)
3/4 łyżeczki soli,
trochę pieprzu.
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia,
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej,
Mąkę, sól, proszek do pieczenia, sodę, pieprz wymieszać w jednej misce. Masło rozpuścić, w drugiej misce wymieszać z mlekiem i roztrzepanymi jajami.
Smak:
Co kto lubi, lub znajdzie w lodówce. Dziś u mnie była taka kombinacja:
trochę startego cheddara,
trochę pokrojonego w kostkę innego żółtego sera,
trochę pokrojonej drobno szynki babuni,
trochę pokrojonej drobno szynki szwarcwaldzkiej,
trochę pokrojonych listków bazylii,
trochę ziół prowansalskich.
Składniki SMAKU wymieszać z suchą częścią BAZY. Dolać mokre składniki i wymieszać z grubsza tylko tak, żeby się wszystko połączyło. Wkładać mieszankę raczej kopiasto do blachy muffinowej wyłożonej papilotkami (niektórzy nie lubią,akiś a ja nie lubię smarować blach). I piec przez ok 25 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
A jak jakiś wietrzny prowokator zadzwoni albo napisze, to... muffinem go ;D

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Bardzo. Baaaardzo różowa :D


Ostatnio przy podwieczorku dywagowaliśmy nad wyższością Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy. I co? Doszliśmy do wniosków tych, co zawsze. A mianowicie, że dziewczynki różowe są i basta ;D. A kiedy im przejdzie - nie wiadomo ;D. Potwierdzeniem tej teorii jest chociażby moja młodsza córka, kóra mimo deklarowanej miłości do błękitu, uparcie wybiera błękit we wszystkich odcieniach... różu ;D.


Tyle tu tych uśmiechów, bo po prostu nie mogę się im oprzeć. Rok temu na urodziny Jubilatka zażyczyła sobie... różowe serducho, w tym - oczywiście utrzymaną w odpowiedniej tonacji - Barbie :D.



A matka, jak to matka - wzięła się do roboty i zrobiła... nie bez przyjemności, powiem cicho :D. Nie było ciężko - obcowanie z różowym lukrem plastycznym to sama przyjemność, trochę strachu było tylko przy próbie utrzymania gładkiej, niczym niezmąconej powierzchni boków pierwszego ciacha. Rok później, pomna drżenia rąk przy nakładaniu równej warsty lukru, wpadłam na pomysł, żeby Barbie nie miała idealnie wyprasowanej sukni, a tak modną ostatnio wśród gwiazd kreację a la łabędź, czyli falbanki tam gdzie ich chcą i gdzie nie :D. Ta druga metoda, jak się potem okazało - jest zdecydowanie bardziej spektakularna i nie przyprawia wykonawczyni ciacha o omdlenia :D.
Zresztą jak widać na zdjęciu - nieskromnie trochę powiem, że efekt nawet dla mnie naprawdę zdumiewający przy wiadomym mi minimalnym nakładzie pracy i środków. Bo wnętrze, to zwykły biszkopt z musem czekoladowym (białym i czarnym). Biszkopt, a w zasadzie dwa - jeden - ten u podstawy upieczony w kwadratowej tortownicy, drugi - postawiony na nim - w najzwyklejszej formie do babki. Wszystko upieczone dwa dni przed "godziną zero", następnego dnia przełożone kremem, przycięte na mniej więcej kształt dołu sukni i włożone do lodówki na noc, żeby "chwyciło" pion.


Potem już sama przyjemność - czyli cztery trapezowate kawałki dość grubo rozwałkowanego lukru układane w kolejności - przód, tył, boki (wszystkie krawędzie mocno powyginane, czyli falbankowane), z tyłu z racji tego, że coś mi się słabo położyło czy przerwało - dodatkowa kokarda z kawałków różu ;D. Wykończenie - opłatkowe kwiatuszki, cukrowe perełki i duuuuużo różowego groszku pachnącego :D. I w zasadzie już... Potem już tylko przyszło czekać mi na oficjalną prezentację Jubilatce i niepewność, czy i tym razem się uda i powie mi "TAK"! Miałam szczęście - powiedziała ;D. Muszę przyznać, że zrobienie tego ciacha zrelaksowało mnie i odprężyło równie mocno jak obejrzenie dobrej komedii czy spędzenie chwili u kosmetyczki. Może to z powodu tego, że... nie tak do końca wyrosłam ze swojej różowości serca? I dalej, tylko bardziej skrycie wielbię ten kolor i wszystkie jego aspekty? Zresztą nie ja jedna.
Obserwuję tak czasem z ukradka inne dziewczyny i dochodzę do wniosku, że ten róż to jednak bardziej stan umysłu i serca, niż ulubienie dla określonej barwy. Jak kochamy, to na zabój, jak się rozstajemy to z płaczem i przekonaniem, że wina leży po naszej stronie a w tej drugiej osobie z własnych przyczyn, nie odkryłyśmy okruchów dobra. Jak się męczymy to na całego, jak dźwigamy ciężary, to od razu wszystkie - pozbierane z całego świata. Uczę się nie być różowa, ale jak tu nie być, skoro co roku trafia się albo serce, albo Barbie, albo... przepraszam na chwilę - telefon...
.....i co? Dzwoniła Justyna. Za trzy tygodnie mam zabrać dziewczynki, foremki, lukier i kwiatki. Będziemy robiły nową Barbie :D.

sobota, 21 sierpnia 2010

All summer long...

Zwykle o tej porze roku w naszym klimacie czułam już w powietrzu pierwsze nieśmiałe, albo inaczej - coraz śmielej wysyłane w moim kierunku oddechy jesieni. A to chłodne i coraz bardziej przejmujące poranki, a to nieprzyjemne wieczory, a to dziwny, "mglisty" smutek wiszący w powietrzu. Niby niewyczuwalny, ale ściskający momentami za serce z bliżej nieokreślonego powodu... Tym razem... jakby nie ma... Nieprawdopodobne! Mam wrażenie, że lato tego roku jest w jakimś stopniu magiczne. Boskie, gorące, nieprzyzwoicie wręcz pozytywnie rozgrzewające, jakby niosące ze sobą nieznaną mi niezwykłą obietnicę i nadzieję.

Zwykle o tej porze, dzień po dniu przystawałam na coraz dłuższe chwile i po prostu wzdychałam... Teraz, o dziwo, nie wzdycham! Ciekawe, czy jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę? A może to nie to lato, tylko gra, w którą - uświadomiłam sobie - gram od niedawna, a która daje mi potężnego kopa?


W tym roku pojechałam do "mojej" Hiszpanii, za którą bardzo tęskniłam. Pojechałm po dwie rzeczy - żeby przekonać się, że młodzieńcze wspomnienia bywają bardzo złudne i żeby uświadomić sobie, że nazwa tego bloga, wymyślona lata temu - przypadkiem, zdawałoby się, jest... magiczną terapią dla mojej duszy. No bo... (wiem, nie zaczyna się od "no bo", ale pal licho)... no bo czuję, że odnajdywane na każdym kroku okruchy niebieskości powodują, że unoszę się nad ziemią.

Najciężej było to sobie uświadomić, potem terapia zalecona przez mojego wewnętrznego doktora działała już bezbłędnie. I działa, jak czuję. Ta dobra błękitna energia krąży we mnie do dziś i jakoś tak jakby pozwala utrzymać się na powierzchni.

A co do rozczarowań młodości - to tak jak ze wspomnieniami z dzieciństwa - z tego, co pamiętam, dom mojej cioci był lata temu cudownym pałacem, a mimo że w zasadzie nie zmienił się do dziś, teraz okazał się kurną chatą, na wakacje do Pcimia jechałam autostradą, dziś ze zdziwieniem odkryłam, że od zawsze prowadzia tam wyboista wąska asfaltowa nitka. I tak z wieloma rzeczami. Costa Brava, która mnie przed nastu laty tak bardzo zachwyciła, okazała się obrzydliwie pstrokatą betonową dyskoteką, na której - mimo zapewnień kolorowych przewodników turystycznych - prawdziwej Hiszpanii (czy może Katalonii) nie uświadczysz... Na szczęście mieliśmy samochód, internet i chęć poszukiwań. Trochę uroku sprzed lat na szczęście odnaleźliśmy, obawiam sie jednak, że nie tyle, by zachęcić M. do szybkiego powrotu do tego kraju...

Okazuje się też jednak, że mieliśmy chyba więcej szczęścia, niż rozumu, rezerwując hotele z dala od najczęściej wynienianych w przewodnikach nazw miejscowości. Dzięki temu moja gra w błękitne rozwijała się bez przeszkód, a brzydotę betonowej pustyni w bajecznym kawałku świata obserwowaliśmy tylko zza szyby samochodu.

Ten artysta z lewej, to mieszkaniec ZOO w Balcelonie. Wyjątkowo zdolny i lubiący pochwały i nagrody ssak. Chyba niebieskie też na niego tak dobrze działa :-)



To jego koleżanka z basenu obok. Jak widać - wszystko radosne i mocno... błękitna :-) I jak tu nie uwierzyć, że pewne rzeczy nie dzieją się bez przyczyny? Anyway, bo odbiegłam od tematu - warto pamiętać. Ale jak się właśnie przekonałam, tak lekko "przez palce". I wtedy dawno odrzuceni znajomi nie okażą się takimi okropnymi znielubionymi potworami, zwiedzone miejsca odwiedzone po raz kolejny tak bardzo nie rozczarują, a końcówka lata z domieszką oddychającej coraz głębiej jesieni nie będzie aż tak bolała...
I, niezależnie jak bardzo naiwnie to zabrzmi, będzie po prostu, prozaicznie, All summer long ;-)

poniedziałek, 12 lipca 2010

I poszłam ścieżką mniej uczęszczaną

Mieszkanie na najpiękniejszej ulicy własnego miasta zobowiązuje. Teoretycznie do tego, żeby wciąż narzekać – na gwar, wszędobylskich turystów, brak miejsc postojowych i przepełnione śmierdzące śmietniki. Myślałam, ze po latach na peryferiach, centrum mnie zabije. A tymczasem – coraz bardziej lubię to miejsce. Przeprowadziłam się tu, bo tak chciałam. Chciałam zmienić ścieżkę, którą idę na tę mniej uczęszczaną... I zrobiłam to. Chociaż... nie jest... i nie było łatwo. Ale po miesiącach wytrwałego pięcia się po piaszczystej i kamienistej wąskiej dróżce, coraz częściej napotykam na swojej drodze odcinki prostsze w podejściu, omszałe i zacienione, które dają trochę oddechu i przyjemności ze zwykłego tam przebywania.

Dlatego napisałam, że lubie to miejsce.

Oczywiście – stopień lubienia lub nielubienia zależy wybitnie od nastroju, w jakim się obudzę, albo w jaki wpędzę się swoimi często mocno pokrętnymi myślami, jednak… na szczęście ostatnio coraz więcej jest dni, w których i pobudka i wpędzanie się idą w parze i pozwalają lubić świat, innych i przede wszystkim samą siebie :-).

Wtedy każda najmniejsza i najbłahsza nawet czynność wprowadza w radosny nastrój i daje siłę do zrobienia kolejnego małego kroczku. A potem jeszcze i jeszcze. To jest zatem ten pierwszy krok. Potem będzie następny. I kolejny :-)




czwartek, 17 czerwca 2010

... to otwiera okno...

Wypowiedzenie prawdy nie czyni jej bardziej prawdą, prawdą bowiem staje się zdanie wypowiedziane przez kogokolwiek, byle szybciej i do szerszej publiczności. Dotarło to do mnie dziś z całą mocą.
Czasami Człowiek patrzy w lustro i zastanawia się, dlaczego w czynach jest tak słaba? I zaraz odpowiada sobie na to dziecinne pytanie - bo naiwnie sądzi, że postępując zawsze uczciwie zostanie wybroniony przez czyny, nie przez puste słowa...
Lidqa z mniama (dzięki Lidqa, bo ja z wierszami jestem an bakier) znalazła wczoraj wiersz, który teoretycznie jest piękny i prawdziwy. Tylko ze jeśli czyta się go przy tak zwanym gorszym dniu, to jakoś nie daje siły i spokoju. Nie daje pewności... powoduje tylko, że łzy same cisną się do oczu
Kiedy mówisz
Jan Twardowski
Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz
Jest jeszcze jedno natrętne pytanie. Proste. Jedno.
Ile jeszcze trzeba przymierzyć par okularów, żeby dostrzec to okno? Czy to, ze nie widać wydymanej przez wiatr firanki, nie czuć na twarzy ożywczego podmuchu powietrza, nie widać puchatych nasion dziurawca krążących w rozgrzanym powietrzu, moze dać nadzieję? A jak jest Nic? Jak nawet okien nie widać? Jakby Człowiek stał w ogromnym cylindrycznym pojemniku o gładkich białych ścianach, który teoretycznie jest bezpieczny, ale równoczesnie jest też bez wyjścia...
Lidqa, masz jeszcze jakiś wiersz?