czwartek, 17 czerwca 2010

... to otwiera okno...

Wypowiedzenie prawdy nie czyni jej bardziej prawdą, prawdą bowiem staje się zdanie wypowiedziane przez kogokolwiek, byle szybciej i do szerszej publiczności. Dotarło to do mnie dziś z całą mocą.
Czasami Człowiek patrzy w lustro i zastanawia się, dlaczego w czynach jest tak słaba? I zaraz odpowiada sobie na to dziecinne pytanie - bo naiwnie sądzi, że postępując zawsze uczciwie zostanie wybroniony przez czyny, nie przez puste słowa...
Lidqa z mniama (dzięki Lidqa, bo ja z wierszami jestem an bakier) znalazła wczoraj wiersz, który teoretycznie jest piękny i prawdziwy. Tylko ze jeśli czyta się go przy tak zwanym gorszym dniu, to jakoś nie daje siły i spokoju. Nie daje pewności... powoduje tylko, że łzy same cisną się do oczu
Kiedy mówisz
Jan Twardowski
Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz
Jest jeszcze jedno natrętne pytanie. Proste. Jedno.
Ile jeszcze trzeba przymierzyć par okularów, żeby dostrzec to okno? Czy to, ze nie widać wydymanej przez wiatr firanki, nie czuć na twarzy ożywczego podmuchu powietrza, nie widać puchatych nasion dziurawca krążących w rozgrzanym powietrzu, moze dać nadzieję? A jak jest Nic? Jak nawet okien nie widać? Jakby Człowiek stał w ogromnym cylindrycznym pojemniku o gładkich białych ścianach, który teoretycznie jest bezpieczny, ale równoczesnie jest też bez wyjścia...
Lidqa, masz jeszcze jakiś wiersz?

czwartek, 30 lipca 2009

Do siego Roku!

Jakiś rodzaj słownika! Potrzebuję! Od zaraz! Cokolwiek, co pozwoli mi się porozumieć! Translator? Słownik podręczny? Przewodnik pisany Brailem????? COKOLWIEK! Bo czasami mam wrażenie, że nie potrafię! Nie umiem. Nie wiem jak... Za każdym razem, kiedy już mi się wydaje, że znajduję klucz, że odnajduję scieżkę, że dochodzę do sedna... ginę! Polec na polu bitwy, to sie chyba tak nazywa? Poległa na polu chwały.... :-) Niby poległa, i co z tego, skoro moja ofiarność na niewiele się zda i nie przybliży wcale zastępów innych kobiet do rozwiązania tej kosmicznej zagadki...



A niby to wydaje się bardzo proste. Ona i on. Te cudowne dłonie, te piękne oczy, ta nić porozumienia, nie zadzieżgnięta z nikim innym... Długie wieczory i cudowne poranki. Spacery, przejażdżki, zakupy, ploteczki, kaweczki i wszystko, co tak pięknie (na początku) można zdrobnić :-)



A potem się okazuje, że jednak wszystko o kant stołu. Nie wiem, czy to zależy od ciśnienia, wilgotności powietrza czy może procentowej zawartości cukru w cukrze, no nie wiem. Jednego jestem pewna - gdy wartość graniczna któregoś z nieznanych mi czynników zostanie przekroczona, to nie idzie i już! No bo jak? Jak ma sobie dać radę Mars z Wenus? Jak Twix ze Snickersem? Jak trampek ze szpilkami (niezaleznie od tego, która strona jakie obuwie preferuje)... Jak - bez słownika?


Czasami mam wrażenie, że dwa pociągi wyruszające ze stacji A i B w swoich kierunkach, jadące zgodnie z rokładem jazdy, zdążające do jednego węzła kolejowego, nie mają prawa się spotkać. No bo jak, skoro Mars mówi 'kocham', Wenus słyszy 'idź kupić ziemniaki'. Twix: 'jest dobrze, Snickers: trzeba umyć auto, trampek: 'przepraszam', szpilki: 'pójdę już'... I idą z tej cholernej stacji A. Tylko, że niekoniecznie trafią tam, gdzie logika nakazuje, bo stacja A okazuje się... nawet trudno mi wymyśleć czym się okazuje ;-)


Jedno jest pewne, możliwość stworzenia algorytmu lub rachunku prawdopodobieństwa tego, że kobieta z mężczyzną sie zrozumieją jest, jak dla mnie... bliska zeru :-) Odkrywcze? Pusty śmiech. Zero w tym odkrywczości, raczej plagiat. No ale jak się głośno wypowie to stwierdzenie, to jakby się odczarowywało - świat przestaje być niesprawiedliwy i obojętny, słońce czasami wychodzi zza chmur, a jedną kobietę może zrozumieć tylko... inna kobieta, choć też nie zawsze :-)
Podsumowując - są takie dni, że choćby się waliło i paliło, to się po prostu nie da. Pocieszający jednak jest też fakt, że są i takie dni, że się udaje i uśmiech gości na wszystkich twarzach.
No i właśnie dlatego tak bardzo lubimy te dwa najpiękniejsze dni w roku. Niech żyje Sylwester i Nowy Rok!
:-)

środa, 1 lipca 2009

Jeleń na rykowisku

Każdy kiedyś znajdzie się na zakręcie. Inaczej - każdy dotrze kiedyś do rozwidlenia dróg. I zada sobie pytanie: iść tam, gdzie wszyscy, bo prościej, wygodniej, szerzej i z większą ilością sklepów i stacji benzynowych, czy tam gdzie podpowiada przeczucie - ścieżką mniej wydeptaną i zarośniętą miękkim mchem i wysoką trawą, z siedzącymi na poboczu śpiewającymi żabami i kiczowatym jeleniem na rykowisku?

Każdy dojdzie kiedyś do rozwidlenia i... albo go nie zauważy, albo nie będzie miał odwagi żeby pójść tam, gdzie powinien. Bo? Tak mu wygodniej, albo po prostu mniej strasznie. Czasami jak już dotrze, to się bardzo waha i albo rezygnuje i pędzi na stację po red bulla i solone orzeszki, albo...wreszcie wykonuje pierwszy krok w stronę wysokiej trawy.
Jeśli jest lato i lubi chodzić bez butów, to... miękki wilgotny mech i muskająca stopy świeża trawa zrobią swoje. Są jak naroktyk i nie pozwolą przestać. Uczucie świeżości i miękkości jest tak porażająco cudowne, że ściśnięte dotychczas w butach stopy, zaczyną oddychać i krzyczeć żeby nie przestawać.
Jeśli jest zima, albo jeśli nie lubi się zdejmować butów... czasami pomaga przeczekanie do lata, czasami... nie pomaga nic. Ale ta druga opcja nie jest przedmiotem rozważań. Nawet teoretycznych.
Zbyt długo chodziłam w butach. Zdarzyła się na szczęście jedna dość zaskakująca rzecz, która sprawiła, że MUSIAŁAM je zdjąć.
Oczywiście nie od razu zdałam sobie sprawę z tego, że stoję na miękkim, wilgotnym i chłodnym mchu. Ale gdy się to już stało... kiedy dotarło do mnie, ile przez tyle lat traciłam, na ile rzeczy się spóźniłam, ILE JESZCZE teraz PRZEDE MNA.... wiedziałam że nie ma odwrotu.
Najcekawsze, że potrzebę, konieczność wręcz podążenia mniej uczęszczaną ścieżką miałam od długiego już czasu. Świadomość tego, że powinnam - też. Ale śmiałości - za grosz. I pewności, że gdybym upadła, nie zdążę, bo będzie miał mnie kto przytrzymać za rękę. Teraz już wiem, że dam radę. Że przy odrobinie chęci i wsparcia... dotrę. Do tego, co dla mnie ktoś, gdzieś, kiedyś, określił jako cel.


I tak, jak nie lubię wierszy, tak ten sprawia, że chce mi się iść.


Droga nie wybrana - Robert Frost
tłum. Stanisław Barańczak

Dwie drogi w żółtym lesie szly w dwie różne strony:

Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżznym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej z dróg, azż po jej zakręt oddalony,
Gdzie widok niknął w gęstych krzakach i konarach;

Potem ruszylem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Możze warta wyboru z tej jednej przyczyny,
Że, rzadziej użzywana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo, jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny,
Pełne liści, na których w tej porannej porze
Nie znaczyly się jeszcze śladów czarne smugi.

Och, wiedzialem: choc pierwszą na później odłożę,
Drogi nas w inne strony prowadzą -i może
Nie zjawię się w tym samym miejscu po raz drugi.
Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzylo mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechalem tą mniej uczęszczaną -
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.

wtorek, 9 grudnia 2008

piątek, 11 kwietnia 2008

MAM GO. MANGO!


W Polsce mało wyrazisty. Niby piękny, czerwony, kuszący, a jednak lekko bez wyrazu, polotu i smaku. Jednak... wystarczy trochę cierpliwości, niewielu dodatków i prawie zero wysiłku i można wyczarować coś, co... oczaruje.
Wiedziałam, że musze coś zrobić, bo kupiłam nieprzyzwoicie tanie mango. Dużo ich kupiłam, bo ostatnio ktoś mocno zachwalał. Rozpakowałam w domu i... postanowiłam, że dam im dojrzeć. Ale ile razy przechodziłam obok miski i rzucałam okiem na przepięknie usmiechające sie do mnie owoce, tym mocniejszą czułam potrzebę pokopania. Przekopania raczej. Książek i forów w poszukiwaniu czegoś szybkiego i zjadliwego.


owoc pierwszy


Jeszcze nie nazbyt dojrzały, ale kuszący.

Obrałam go, pokroiłam w kosteczkę i zamarynowałam z sokiem z jednej cytryny (limonka byłaby lepsza) i połową skórki otartej z tejże. Dodałam dwie łyzki miodu pomarańczowego (zwykły tez pasuje) i zostawiłam spokojnie w lodówce na parę godzin.


Potem wzięłam:


1/4 kostki masła,




130 gramów bułki tartej,




4 łyzki cukru demerara,




1/4 łyżeczki mielonego imbiru.


Masło rozpuściłam a resztę składników dokładnie wymieszałam. Na maśle zaczęłam rumienić bułeczkę z dodatkami. Robiłam to tak długo, aż całość zrobiła sie mocno ciemna, bo cukier zaczął sie rozpuszczać i tworzyć z bułeczką apetyczne karmelowe grudki. Przestudziłam.

Przemacerowane cytrynowo-miodowe mango wymieszałam z 450 gramami greckiego jogurtu.

I prawie już finiszowałam: wzięłam cztery szklanki, na bardziej wystrzałową okazję wezmę kieliszki od czerwonego wina. Połowę jogurtowo-owocowej masy rozdzieliłam na cztery części. Włożyłam je na dno szklanek. Posypałam to obficie karmelowymi okruszkami, znów położyłam jogurt, na wierzchu wylądowały okruszki. Jeszcze tylko odrobina miodu pomarańczowego i zupełnie nie pasujące do całości (ale moje ukochane) rureczki czekoladowe i.... znów na chwilę do lodówki.

Musze przyznać, że nie spodziewałam sie rewelacji, ot deser z serii "zrobić i zapomnieć". I po raz kolejny przekonałam się, że bycie niewiernym Tomaszem bozbawia ludzi wielu życiowych przyjemności ;-).

OWOC PIERWSZY okazał sie absolutnym sukcesem!

sobota, 15 marca 2008

Jak ze sklepu!


Piekłam wcześniej chleby, i owszem, ale wszystkie, wbrew temu co mówili jedzący, to dla mnie nie było „to”. Czegoś mi w nich brakowało. Kombinowałam z dodatkami, większą lub mniejszą ilością zakwasu, wreszcie z artystki stałam się rzemieślniczką pogodzoną z myślą, że własnymi rękoma nie stworzę już nigdy czegoś równie smacznego jak współczesny chemiczny chleb ze sklepu. Aż wreszcie – dzięki którejś z mniamowych albo cinowych specjalistek – okryłam, że i mnie można powiedzieć: „Upiekłaś coś, co smakuje jak chleb z piekarni!”. Kiedy pierwszy raz usłyszałam te słowa, aż pokraśniałam z zachwytu. Teraz powtarzam to innym. Ale oni nie wierzą. Rozumiem, bo sama bardzo nieśmiało podeszłam do świeżo nabytej wiedzy. Ale warto spróbować! Nie ma bowiem w tym prawie żadnych czarów. Jest za to kilka dolarów inwestycji i magia zwykłego-niezwykłego człowieka. Guru światowych chlebopieków, człowieka, którego podobizna powinna wisieć w każdej szanującej się kuchni. Jeffrey Hamelman. Voila. Oto CHLEB Z PIECZONYMI ZIEMNIAKAMI, genialny w swojej prostocie i smaczny, jakby prosto ze sklepu ;-)

CHLEB Z PIECZONYMI ZIEMNIAKAMI

Wstępna fermentacja:

2 ¼ kubka mąki chlebowej (lub jakiejkolwiek ulubionej),
¾ kubka wody,
1 łyżeczka soli,
1/8 łyżeczki suszonych drożdży lub ¼ świeżych

Rozpuść drożdże w wodzie, dodaj mąkę i sól, mieszaj tylko do czasu połączenia i uzyskania gładkiej konsystencji. Przykryj miskę folią spożywczą i odstaw na 12 do 16 godzin w ciepłe miejsce (temperatura ok. 22 stopnie).

Chleb:

4 kubki mąki chlebowej (lub jakiejkolwiek ulubionej),
1 kubek mąki z pełnego przemiału,
1 5/8 kubka wody,
1 łyżka soli,
1 ¼ łyżeczki suszonych drożdży lub ok. 2,5 świeżych
1 kubek (ciasno upakowany) pieczonych ziemniaków (wcześniej przeciśniętych przez praskę)
Cała wcześniej fermentująca mieszanka mąki, wody, soli i drożdży.







Do miski miksera albo do maszyny do chleba włoż wszystkie składniki ciasta OPRÓCZ wcześniej fermentującej mieszanki. Mieszać około 3 minut do połączenia się składników. W miarę jak ciasto stawać się będzie gładsze, dodawać małymi porcjami przefermentowaną mieszankę. Jeśli ciasto będzie się wydawać zbyt zwarte i suche, dodać odrobinę wody. Postępować tak, aż do uzyskania jedwabistego, niezbyt rzadkiego ciasta. Ciasto musi być odrobinę twardsze, niż normalna mieszanka chlebowa, bo ziemniaki, zawierają sporo wody i oddadzą ją ciastu podczas pieczenia. Dodanie zbyt dużej ilości płynu podczas mieszania, spowoduje utratę sprężystości upieczonego bochenka.



Przykryj miskę, odstaw do wyrastania na 1,5 godziny.


Zagnieć ciasto po pierwszych 45 minutach wyrastania.



Gdy minie 1,5 godziny, podziel wyrośnięte ciasto na dwie części. Uformuj ładne okrągłe bochenki, odłóż na posypany mąka blat. Przykryj folią. Gdy ciasto odpocznie (po ok. 10-20 minutach), uformuj według uznania. Znów przykryj folia.


Odstaw do wyrośnięcia na kolejne 1 ¼ godziny.

Rozgrzej piekarnik do maksymalnej temperatury. Natnij bochenki, spryskaj piekarnik. Włóż bochenki do piekarnika, znów spryskaj. Piecz w temperaturze ok. 230 stopni Obniż temperaturę w momencie, gdy chleb zacznie lekko zmieniać kolor. Piecz około 30-40 minut. Zawartość ziemniaków powoduje, że chleb rumieni się szybciej, niż zwykły chleb, dlatego jeśli zacznie się przypiekać, zmniejsz jeszcze bardziej temperaturę pieczenia (o ok. 10 stopni).



Hamelman radzi, żeby porcję surowego ciasta podzielić na dwie części. Mi się jednak najbardziej podoba w jednym kawałku, włożone i wyrośnięte pięknie w dużej kwadratowej blasze. Przypomina mi wtedy chleby, które jako młoda pannica jadałam na Kaszubach, kiedy jeździłam na truskawkobrania. Brak mi tylko do tego świeżo odciskanego masła.


Ale na to jeszcze przyjdzie czas ;-)))

Release to-be

Świadomość, że marzenia jednak się spełniają a to, co było odległą przyszłością, jest już w zasięgu ręki - daje potężnego kopa. Wtedy nawet konieczność podniesienia się o 4.00 rano nie przeszkadza. Ba - wstaje się jak na skrzydłach, a do kopalni jedzie się ze śpiewem na ustach.


MENU NA NOWY CZAS

I Śniadanie:

Haust ożywczego, rześkiego, prawie już wiosennego powietrza, popity koktajlem z marzeń, pragnień i miłości.

II Śniadanie

Uśmiechajace sie do mnie własne odbicie w szybie.

Obiad:

Ogromna porcja Dobrych Ludzkich Myśli z górą słatki z wiosennych promieni słońca. Deser - odwzajemniony uśmiech kolejnego przechodnia na ulicy.

Kolacja:

Ciepły płomień świec odbijający się w kieliszku po dobrym czerwonym winie.


ZA TYDZIEŃ PIERWSZY DZIEŃ NOWEGO ŻYCIA. Postanowiłam się nie bać :-)

czwartek, 20 września 2007

Ogniu, krocz za mną!


Z listu Grzegorza:

"Witaj, pytałaś o śliwowicę. Proszę, oto przepis:

Wszystkie likiery typu śliwowica robię podobnie: ważne są proporcje: 4 kg śliwek węgierek (im bardziej soczyste tym lepiej) Może też być mieszanka: 3,5 kg małych węgierek i 0,5 kg większych soczystych śliwek). 4 litry wódki, 4 litry spirytusu.

Alkohole mieszam aby uzyskać roztwór ok. 70% i zalewam nim śliwki (śliwek nie dryluję, niewielką część nacinam, resztę pozostawiam nietkniętą, aczkolwiek umytą) Tak przygotowany alkohol nie zasuszy śliwek i nie pozwoli im się zepsuć. Całość zostawiam w butli na okres nie mniej niż 6 miesięcy (im dłużej tym lepiej – np. do czasu zebrania wiśni na wiśniówkę :-) ). Po okresie nasiąkania alkoholem (przypominam - 6 lub więcej miesięcy!), zlewam alkohol do butelek. Pozostałe w butli śliwki zasypuję cukrem. Wystarczy 2,5 – 3 kg (dobrze jeśli 0,5 kg to cukier trzcinowy, reszta 2-2,5 kg - biały). Od czasu do czasu butlą należy potrząsać, tak by cukier szybciej się rozpuszczał.


Kiedy uzyskasz już dużo soku (ok. 2-3 miesiące), mieszasz sok i alkohol odpowiednio dobierając słodkość śliwowicy (słodsza śliwowica jest chętniej pita przez dziewczyny, mniej słodka przez chłopaków).


Śliwowicę rozlewasz do butelek i w zasadzie już jest dobra do spożycia (z wiśniówką jest inaczej – wiśniówka potrzebuje czasu na dojrzewanie. Jest pyszna po ok. 3 latach). Śliwek nie wyrzucaj, zostaw ich część lub całość zalanych w śliwowicy.


Są pyszne, niewinne, słodziutkie i …. Szybko upijają, ale jak upijają… ha! Coś na ten temat może powiedzieć moja Renata.


W tym roku wg powyższego przepisu zrobiłem żurawinówkę, ale jeszcze nie wiem, czy jest OK. Na pierwszy niuch i mlask smakuje dobrze ale…. Trzeba więcej popróbować.

Pozdrawiam serdecznie i życzę owocnej (śliwkowej) pracy".


Tyle Grzegorz. Oprócz listu był też załącznik. Niepozorna półlitrowa butelka z odręcznym napisem: "Śliwowica 2005". Zmierzyłam sie z nią dziś wieczór. Ogniu... krocz za mną... do łóżka... jutro dam znać, czy zeszłoroczne śliwki to dobry środek nasenny :-)

sobota, 15 września 2007

JEŚĆ!!!


Dawno mne nie było. Zgłodniałam! Jakoś mi tak czegoś brak bez... konsumpcji. Najgroszy moment w ciągu dnia jest wtedy, kiedy już mam w głowie to, co będzie albo wiem, co mam w lodówce. I jak już mam, to przeważnie jestem jeszcze daleko od składników. A jak wpadam tam, gdzie składniki, to jestem już tak głodna, że nie potrafię się opanować. Bo już.. już... a jednak jeszcze niezupełnie... Wtedy.. pół bułki z masłem, reszta wędliny, cokolwiek, byle zagłuszyć przejmujące wewnętrzne "JEŚĆ!!!!".


Dziś mi się udało. Wytrzymać się udało!

Drżącymi ręcy wyjęłam z lodówki:

1 sporą cebulę,
2 średnie ząbki czosnku,
6 średniej wielkości pomidorów,
250 gramową kostkę sera halloumi,

Z szafki:

domowy makaron (250 gram),
oliwę,

Z ogrodu:

trochę bazylii (po pokrojeniu 2-4 łyżki),
trochę natki pietruszki (ok. 2 łyżek).



Gdy makaron już bulgotał, posiekałam drobno czosnek i cebulę, pokroiłam pomidory (usunęłam wczesniej pestki, pokroiłam resztę w kosteczkę). Halloumi ż pokroiłam w kostkę.

Zaczęłam od oliwy - rozgrzałam ją (2 łyżki) mocno na patelni, na nią wrzuciłam cebulę i czosnek, posoliłam, zżeby się nie przypaliły. Gdy zmiękły, przełożyłam do miseczki, na oliwę wrzuciłam halloumi. Smażyłam chwilę na złoto, momentami nawet na bardziej, niż złoto :-). Gdy halloumi był już śliczny i brązowy, spowrotem na patelnię powędrowała cebulka z czosnkiem, do tego pomidory, sól, pieprz, pocięte nożyczkami bazylia i pietruszka, ugotowany makaron. Zamieszałam tylko tyle, żeby całość była ciepła i mocniej niż apetyczna. I... na tależ!

Bosh! Warto było zamknąć uszy na przeraźliwy krzyk głodnych oczu :-)

środa, 15 sierpnia 2007

Smak zdobywania

No niby teorię człowiek świetnie zna. Ale.. to tylko teoria, niestety. Praktykę zdobywa się od... praktyków! Odkrywcza to ja nie jestem, neistety, ale... znów sie o tym przekonałam. A zaczęło się lata temu, gdy znienawidziłam grzyby. Będąc dziecięciem w kolebce natrafiłam na parę takich okazji i znienawidziłam i już. Ale... jakieś pół roku temu z powodu przeraźliwego marsza grania i głodowania przez cały dzień, chyciłam pierwszy talerz, jaki postawili przede mną nasi ówcześni kucharze. Pech (jak wtedy myślałam), ze to był makaron z grzybami. Nie było wyjścia. Zamknęłam mocno oczy, wzięłam głęboki oddech i ... DOZNAŁAM OLŚNIENIA! To była najlepsza rzecz, jaką dotychczas jadłam! Miało konsystencję aksamitu, a smak... połączenie subtelnej delikatności, lekkiej naturalnej słodyczy, zapachu grzybów i czegoś jeszcze... nieuchwytnego! Zjadłam, nawet talerz potem jeszcze chlebkiem oczyściłam i poleciałam do kuchni. Prosiłam, błagałam, groziłam. NIC! Zaparli się i tyle. Jak osły. Nie chcieli mi powiedzieć i już.
Ale od czego przysłowie "jak diabeł nie może..." Kosztowało mnie to parę zarwanych wieczorów i kilka butelek tak zwanego destylowanego ziemniaka. Głowa bolała, w żołądku bywało ciężko, ale w końcu mi się udało. Okazało się, ze receptura jest tak prosta, jakie morze ziemniaka wylałam, żeby sekret posiąść :-).

W sobotę weszliśmy do lasu i nakosiliśmy, dosłownie - nakosiliśmy mnóstwo kurek. W niedzielę mój mąż rozmarzonym głosem wspominał kurki w śmietanie. A że składniki były... znów stworzyłam tę ambrozję.
Oj, jak warto ją zrobić! Oj, jak bardzo warto! I mówię to ja, która grzybów do ust nie bierze!

Kurki w śmietanie takie, że dech zapiera!



duża miska kurek,
1/2 cebule,
1/2 litra śmietanki 30%
1/2 kostki rosołowej drobiowej lub takaż ilość owej przyprawy w proszku,
sól, pieprz,
masło, odrobina oliwy.

W zasadzie potrawę trzeba czynić na raty, alebo na dwóch patelniach, ja robię w ten drugi sposób.
Śmietanę wylać na patelnię, zagotować i odparować. Mieszać od czasu do czasu. Odparować mniej więcej do połowy objętości albo do konsystencji rzadkiego budyniu.

Kurki dokładnie umyć z piachu, masło z oliwą rozgrzać na patelni. Cebule pokroić w drobną kostkę, zeszklić na średnim ogniu. Zwiększyć ogień, wrzucić grzyby. Małe kurki smazyć w całości, duże pokroić. Kurki najpierw puszczą dużo wody, odparować ją prawie do zera na ostrym ogniu. W trakcie odparowywania grzybów, dodać pół kostki rosołowej lub posypać przyprawą. Lekko popieprzyć, ewentualnie dosolić, tylko z solą uwaga, bo przyprawa lubi być słona! Gdy woda z grzybów odparuje, dodać gęstą już śmietanę i zamieszać.
I podawac na gorąco. Z pieczywem - jako przystawkę, lub z makaronem jako doskonały i mocno ekslkuzywny obiad.

To jest tak dobre, ze nie chce się zaprzestać rozpasanej konsumpcji. Do dziś nie moge uwierzyć, ze sekret był tak prosty - odparowana śmietana i odrobina chemii... Chemię w kuchni omijam szerokim łukiem, ale te grzyby... to wyjątek potwierdzający regułę.
Acha - można tak przyrządzić każdy rodzaj grzybów - są równie doskonałe, co kurki!