wtorek, 26 czerwca 2007

Wolnym rodnikom stanowcze NIE!



Truskawki zawierają wiele składników korzystnych dla zdrowia. Jednak zalane alkoholem mogą być jeszcze zdrowsze - wynika z najnowszych badań przeprowadzonych w Tajlandii. Artykuł na ten temat zamieszcza pismo "Journal of the Science of Food and Agriculture". Do takich wniosków doszli naukowcy z Uniwersytetu w Kasetsart w Tajlandii, którzy we współpracy z amerykańskimi naukowcami z ministerstwa rolnictwa pracowali nad metodami, które przedłużałyby świeżość truskawek w trakcie przechowywania. Okazało się, że zalane alkoholem owoce są nie tylko bardziej odporne na zepsucie, ale też zyskują na własnościach zdrowotnych. Pod wpływem alkoholu rosła bowiem aktywność obecnych w truskawkach przeciwutleniaczy - związków, które mogą uchronić komórki i tkanki przed szkodliwym działaniem wolnych rodników.
Wolne rodniki są produktami przemiany materii o działaniu silnie utleniającym, przez co niszczą cenne składniki komórek. Wyniki wielu badań sugerują, że cząsteczki te przyspieszają procesy starzenia organizmu i przyczyniają się do wielu chorób, w tym chorób serca, raka czy schorzeń neurodegeneracyjnych. Najważniejsze przeciwutleniacze truskawek należą do polifenoli oraz do antocyjanów. Osoby, które nie są miłośnikami truskawkowych drinków (np. truskawkowego daiquiris), może ucieszyć fakt, że naukowcy uzyskali podobne wyniki w doświadczeniach z jeżynami.

Noooooo, skoro naukowcy tak twierdzą, to nie mogę się dłużej opierać:


Wolnym rodnikom stanowcze NIE! (czyli nalewka truskawkowa trochę po mojemu)



1 kg dojrzałych truskawek,

25 dkg cukru,


0,5 l spirytusu plus 0,5 szklanki,

0.5 szklanki przegotowanej, przestudzonej wody,

1 limetka.



Truskawki trzymając za szypułki delikatnie zanurzać w spirytusie, umyć w alkoholu. Odłożyć do wyschnięcia. Usunąć szypułki. Włożyć do słoja, przesypać cukrem i zostawić na co najmniej godzinę, żeby puściły sok. Spirytus zmieszać z wodą, zalac truskawki. Zamknąc słój i delikatnie wstrząsnąc, żeby całośc się wymieszała. Odstawić na ok. 6 tygodni.


Po tym czasie alkohol zlać.

Limetkę wyszorować namydloną szczoteczką. Włożyć do kubka, zalać wrzącą wodą, zostawić na chwilę do wyparzenia. Z połowy owocu obieraczką do warzyw ściąć skórkę (bez albedo), wrzucić do nalewki. Dodać też pokrojoną w plastry limetę. Wymieszać, odstawić na kolejne 2 tygodnie. Po tym czasie zlać i przefiltrować.


Odstawić żeby dojrzała przez co najmniej 3 miesiące.


Jeśli nalewka ma być super aromatyczna a jeszcze trwa sezon na truskawki, to po wyjęciu skórki i cząstek limetki, znów do nalewki wrzucić kilogram świezych dojrzałych truskawek i odstawić na ok. 6 tygodni. Dopiero potem zlać i filtrować. I odstawić do dojrzewania.


To co wychodzi z tego drugiego nastawu ma aromat boskiej ambrozji. Warto spróbować!

niedziela, 24 czerwca 2007

Różowe okulary

Wreszcie chce mi się żyć! Bo jeszcze do niedawna... szkoda gadać. Nie było powodu, nie było chęci, nie było chcenia do chęci. Już myśłałam, zę coś ze mną nie tak, albo... nie tak. A okazało się, że tak, choć na opak. I że za to wszystko odpowiedzialne jest coś wielkości... baketrii? mikroba? jednej milionowej główki od szpilki? Zrobiłam badania, czarno na białym pokazały: niedoczynność tarczycy. Mam lekarstwo. I... znów mi się chce! To niewiarygodne, jak wielkiego kopa do życia daje samo poczucie, że ZNÓW człowiekowi się CHCE chcieć! Tyle tu wykrzykników, bo to uczucie równie dla mnie fascynujące, co zaskakujące. Już po raz drugi w życiu przekonałam się, jak bardzo każdy uzależniony jest od czynników od sobie nieznanych i sobie niewiadomych. I jak mało potrzeba na początek, żeby potem wszystko jakoś się "samo" układało.
Mam teraz tyle energii, że znów potrafię spojrzeć sobie w oczy w lustrze, znów potrafię cieszyć się z pięknie kwitnących wkoło kwiatów, znów uśiechnąć się na myśl o skrzących się rubinowo w słoiczkach konfiturach i dżemach z truskawek. I chociaż wieczorami padam jak dawniej, to czasami udaje mi się jeszcze przedłużych mojego "stand-bya" o godzinę albo kilkanaście minut i to też uważam za wielki sukces. W dobry humor wprawia mnie poprawnie zrobione zdjecie albo kolejny przepis, który mi sie uda znaleźć w starej książce. Wszystko, generalnie wszystko. Mam wreszcie powód, żeby wstać z łóżka. Ten powód to chęć do życia :-).

Ostatnio wieczorem, zaczęłam znów kopać w Disslowej i odkryłam boskie, bo niemożebnie pyszne i nieziemsko proste lody. Niewiele myśląc, zrobiłam. Warto było, to słabe określenie. Co prawda nie sa w konsystencji jeszcze tak kremowe jak lody sklepowe, które dla mnei uchodzą za ideał, ale... jest w nich coś zniewalającego i obezwładniającego. To połączenie smaków, ta wyważona proporcja składników, te świeże owoce! Warto je zrobić, nawet bez maszynki do lodów, powinny się udać.


Lodowa, truskawkowa doskonałość (czyli zupełnie zwykłe lody oglądane przez różowe okulary)


5 żółtek,
0,5 litra kremówki,
18 dag cukru,
3/4 litra truskawek (poziomek, malin etc)



Żółtka dobrze ubić z cukrem. Dodać kremówkę. Całość podgrzewać, az masa dobrze zgęstnieje. Pilnować, zeby sie na zagotowało, bo będzie słodka jajecznica. Brrr :-)
Truskawki rozgnieść widelcem. Albo zmiksować, ale delikatnie i tylko tak, żeby owoce troche rozdrobnić. Fajnie jest, jak oprócz smaku prawdziwej truskawki, czuje się też kawałki owoców. Nie za wielkie, bo wtedy zamieniają się w lodowe bryły, tylko takie "lekko grubsze" cząstki.
Ostudzić, wlać mieszankę do maszynki do lodów, zamrozić.

Nie próbowałam, ale wydaje mi się, że i bez maszynki można sobie poradzić. Wystarczy postąpić jak z sorbetem. Czyli ostudzić, wlac do pojemniczka i mrozić, co pewien czas mieszając widelcem. Chodzi o to, żeby rozbić kryształki lodu i zamarzającego gładkiego truskawkowego jeziora, zrobić zmrożony różowy śnieg.

Wyjąć na ok. 15 minut przed podaniem, żeby "doszły". Wtedy podawać. Nie mają konsystencji lodowego kremu ze sklepu, ale smakiem biją każde truskawkowe lody, jakie dotychczas jadłam!

A jeśli nie w postaci lodów, to KONIECZNIE trzeba zrobić te mieszaknę i podać ją w postaci prawie zmrożonej, czyli w postaci tzw. szejka. Wystarczy wstawić na trochę do lodówki i pozwolić zmarznąć mieszance tak by się z niej zrobiła gęsta lodowo-śnieżna paciaja. A potem... raczyć się i raczyć. I nie móc przestać...

wtorek, 5 czerwca 2007

No zachodź już, zachodź... :-)

Rzadko kiedy jadamy razem. Rzadko, bo moje godziny pracy na to nie pozwalają. Ale jak już się uda, to bardzo się staramy. Żeby usiąść, wyłaczyć telewizor a pilota wyrzucić przez lewe ramię. Wbrew pozorom - to nie takie "Ą", "Ę", chociaż i takie hocki-klocki się zdarzają. Ale miło jest usiąść rano w ogrodzie i mrużąc oczy od blasku podnoszącego się powoli słońca, wypić kawę, chrupać tosty i rozkoszować się chwilą. Dziś udało sie taką chwilę złapać, ale przy słońcu zachodzącym.
Słońce więc sobie powoli zachodziło, a ja poczułam ochotę na coś orzeźwiającego, kolacyjnego i takiego, czym nawet moje dziewczynki nie wzgardzą. Zajrzałam do lodówki, a tam zestaw mocno nietypowy: trochę zieleni, ciasto jufka, turecki ser, keczup, a w schowku trochę puszek i siatka orzechów włoskich, które właśnie dostałam od mojej cioci-babci. Zasadniczo wtedy opadłam z sił. Ale... po chwili mnie olśniło! I z tego nagłego przebłysku i późniejszego stanowczego działania wyszło coś, co bardzo, bardzo lubię. Co syci, ale też orzeźwia, jest mocno smaczne i co ważne - nadaje się i na kolację jedzoną palcami w ogrodzie i na Bankiet w Ogrodach.

Mocno orzeźwiająca, cudownie zielona w smaku sałatka.




1 róża brokuła,
1 puszka kukurydzy,
garść-dwie orzechów włoskich plus kilka ładnych połówek do przybrania,
1 ogórek wąż,
majonez, sól, pieprz


Brokuła ugotować na pół twardo. Nie może być miękki, bo rozpadnie się w sałatce. Ostudzić, podzielić na różyczki. Kukurydzę osączyć z zalewy. Ogórka obrać i pokroić w grubą kostkę. Orzechy posiekać niezbyt dokładnie. mają być w sałatce wyczuwalne. Wszystkie składniki połączyć, dodać majonez (składniki mają być nim otoczone nie utopione), posolić popierzyć.




Ta sałatka to dla mnie kwitnesencja zieloności. Trudno to opisac, ale smak ma właśnie... zielony. Na wiosnę jest boska!

niedziela, 3 czerwca 2007

Grzech lekki

Jestem grzesznicą, nie zaprzeczę. Potrafię robić to wszędzie. Bez skrępowania, skrupułów i zawstydzenia. Pożądanie bywa tak silne, że po prostu, mimo świadomości przebywających wkoło ludzi, nie potrafię się opanować. Chęć popełnienia grzechu dopada mnie o różnych porach i w różnych miejscach. I przeważnie... zwycięża. Na myśl o boskim zapachu, cudownym gęstym soku płynącym po palcach, idealnym kształcie i aksamitnej powierzchowności po prostu nie mogę się opanować. I nawet specjalnie nie chcę. To jedna z cudowniejszych przyjemności na świecie. Przyjemności, której z lubością mogę się oddać zawsze i wszędzie. A mogę niestety tylko, gdy nadchodzi lato. Mój boski przedmiot pożądania jest równie ulotny, jak falujące na wietrze, pachnące słońcem trawy łąk. Trzeba bardzo mocno pracować nad tym, żeby nie przegapić momentu, kiedy owo boskie stworzenie jest najsmaczniejsze.

Najlepiej grzechowi oddać się na łące. Siedząc tuż obok pola, na którym równymi rzędami ktoś kiedyś zasadził tysiące malutkich krzewinek. Po dwóch-trzech latach te krzewinki stały się pokaźnymi krzakami, które, gdy patrzeć na nie z góry nie zapowiadają nic ciekawego. Ot, zwykłe zielsko. Ale gdy się położyć i odgarniać liście... Ten widok mocno podrażni wypobraźnię a ślinianki skłoni do intensywnej pracy. I wtedy wystarczy już tylko rwać. I... grzeszyć. I grzeszyć. I grzeszyć. Bez skrępowania, skrupułów i zawstydzenia. Czas dogodny do grzechu jest w końcu tak krótki!

No cóż... jestem grzesznicą. I dobrze mi z tym. A truskawki najlepiej smakują gdy są mocno dojrzałe i wygrzane słońcem i zrywa się je prosto z krzaka... Aaaach, no kiedy będzie ten pierwszy raz?





A propos! Najlepszy początek obiecującego wieczoru, to szampan z truskawkami. Jeśli akurat to nie środek słonecznego lata i sezonu truskawkowego, to do mocno schłodzonego szampana dodaję mrożoną truskawkę i listek melisy. A nawet jak jest środek lata, to świeże, dorodne truskawki wkładam też na trochę do zamrażarki. I takie na wpół zamrożone owoce wrzucam do kieliszka. Żaden dobrze zapowodający się wieczór nie skończył się chyba jeszcze po takim wstępie klapą ;-)

czwartek, 31 maja 2007

meravigliosa creatura


Poniedziałek, ok 13.00

Mała dziewczynka z długimi ciasno splecionymi warkoczami siedzi przy stole i pracowicie rozpracowuje miskę parujacego jeszcze marakonu posypanego cukrem i polanego kwaśną śmietaną. W roli głównej: makaron świderki.

Wtorek, ok. 13.00

Ta sama dziewczynka siedzi nad tą samą miską. Dziś inne danie: parujący jeszcze makaron, polany śmietaną, posypany grudkami twarogu i cukrem. W roli głównej: makaron muszelki.

Środa, ok. 13.00

Mała dziewczynka z kitkami i czerwonymi kokardkami wcina z zapałem makaron nitki, posypany cukrem, polany śmietaną i musem z truskawek.

Czwartek, ok. 13.00

Babcia wychodzi z kuchni, żeby nie patrzeć jak mała dziewczynka z ciasno splecioną koroną na głowie zajada ze smakiem makaron wstążki posypany cukrem i polany kwaśną śmietaną...

Piątek, ok. 13.00

Mała dziewczynka z błogością na twarzy wciąga w czeluście paszczy uśmietaniony i ucukrzony makaron nitki. Śmietana rozpryskuje się na policzkach, ubraniu i włosach. Młoda niczym nie zrażona, sięga po następną porcję...

Sobota, ok. 13.00

Dobrze, że dziś wolne i zamiast Babci, to Mama objęła wartę nad pełną miską parujących świderków polanych śmietaną i posypanych cukrem...

Niedziela, ok 13.00

Dziś odmiana! Rosół z makaronem! A na drugie... muszelki z truskawkami, cukrem i śmietaną!












Do dziś zastanawiam się, jak one to wytrzymały. Był czas, wiem to na pewno, kiedy na śniadanie, obiad i kolację jadałam WYŁĄCZNIE makaron. Bo nic innego mi podobno nie smakowało. Naprawdę podziwiam te kobiety. Na ich miejscu już na pewno swoją własną córkę groźbą, prośbą albo płaczem zmusiłabym do jedzenia czegokolwiek innego. No jak tak można na samym makaronie... a jednak... i co ciekawe - do dziś na myśl o makaronie z cukrem i śmietaną robi mi się... błogo. Co więcej - jestem gotowa rzucić i sprzedać dosłownie wszystko za miskę gorących jeszcze, parujących świderków z lodowato zimną kwaśną śmietaną i skrzypiącym podczas gryzienia kryształem. Nie kuszą mnie ani cynamony, ani owoce, ani inne wymyślne dodatki. Nic! Klasyka to podstawa.

Klasyką w moim domu było też to, że makaronu po ugotowaniu nie przelewało się zimną wodą, tylko do gorącego wkładało większe lub mniejsze kawałki świeżego masła i mieszało odrobinę, żeby masło się stopiło i błyszczącą warstewką pokryło każdy najmniejszy nawet kawałek makaronu. Ta klasyka została mi we krwi. I robię tak do dziś. I musze przyznać, że tego smaku nie pobije nic! Nawet na zimno wyjadam często z miseczki po kryjomu taki omaślony makaron. Toż to niebo w gębie! Kluchy kocham miłością wielką. A jeszcze od chwili, kiedy Magda z Mediolanu napisała, jak zrobić genialny domowy makaron i jak w PRZYDASIOWNI mam prawdziwie boską mąkę makaronową, nie jestem już w stanie przemóc się do kluch kupowanych "na mieście".

Magdziny przepis jest genialny w prostocie, a wykonany z najprawdziwszej mąki makaronowej, daje efekty iście nieziemskie! Gianna ma rację - to Cudowne stworzenie!


100 g mąki makaronowej,
1 duże jajko,


Całość dobrze wymieszać, zrobić nielepiące sie do rąk ciasto. Rozwałkować cieniutko. Pociąć na nitki, wstążki, zrobić płaty lasagnii. Pozwolić leciutko przeschnąć. Gotować w osolonym wrzątku. Mamma mia! Jakie to boskie!

wtorek, 22 maja 2007

Masz zielone?

W zasadzie sama do końca nie mogę sie zdecydować. Ale wydaje mi się, że już w tej mojej niepoukładanej głowie cođ kiekuje. Że przez niedomknięte okna coraz częściej wdziera się ciepły południowy wiatr. I wraz z upływem lat przekonuje mnie do miiejsc, w których powstał jako malutki Zefirek i został wychowany przez rodziców na mocarny, niesiony prądami powietrznymi, żywioł. Coraz częściej, gdy siedzę w ogrodzie, patrząc jak brykają wszystkie okoliczne maluchy, wydaje mi się, że kiedyś już, gdzieś, coś... Ale za mało mam jeszcze czasu na skupienie i nie potrafię do końca rozszyfrować, co to za kraina... Wiem, że na pewno jest zalana słońcem i cudowną, bujną zielenią. Mam dwa typy. ziś coś o jednym z nich. Tym dalszym co prawda, ale mocno rozkrzyczanym, kolorowym, pachnącym oliwą, suszonymi w słońcu pomidorami i boską zielenią....

W swojej ignorancji sądziłam, że szpinak, żeby był jadalny, musi być potraktowany wrzątkiem. O słodka naiwności! Nie musi, choć może. A jak nie jest tak traktowany, to oddaje całą pełnię smaku i aromatu. Wygląda do tego bosko i jest normalnym warzywem, które potrafi być smaczne bez większych kombinacji!

Boski szpinak


Duża miska przebranych i umytych liści świeżego szpinaku,
Pól słoiczka suszonych pomidorów w oliwie,
Oliwa z pomidorów,
1 kostka ziarnistej fety,
0,5-0,7 szkl pestek słoneczkina, uprażonych ew. prażone pestki pinii,
ew. 4 plastry szynki parmeńskiej/kumpiaka/innej szynki wędzonej na surowo,
Odrobina soli i pieprzu




Do miski wrzucić szpinak, co większe liście porwać. Fetę pokruszyć na drobne grudki, dodac do liści. Pomidory pokroić w paseczki, też wrzucić do środka. To samo ze słonecznikiem. Wszystko odrobinę posolić i popieprzyć, dodac troche oliwy z pomidorów, wymieszać. Jeśli będzie zbyt suche, dodać oliwy. Gdy będzie już takie jak ma być, pokroić szynkę w cienkie paski i posypać nimi sałatkę.

Jest boska z dobrym winem, jedzona w cienistym ogrodzie na późne śniadanie albo wczesną klację albo z jakiejkolwiek innej okazji...

To moje odkrycie ostatnich dni. Nie mogę się nim nacieszyć!

sobota, 5 maja 2007

Nieznośna lekkość bytu

W zasadzie to się cieszę, że nie zrobiłam sobie długiego weekendu. W zasadzie to się ciesze, że nie wyjechałam na jakiś wywczas. W zasadzie, to... miło jest mieć ogród, w którym jak się chce, to można usiąść z kubkiem kawy i poczytać książkę, patrząc jak bąble wszelkiej maści i wieku przekopują trawnik sąsiadów ;-). Super jest ciepło się odziawszy, stojąc na skraju tarasu myśleć, jak to inni marzną nad jakimś mokrym jeziorem, bezskutecznie próbując rozpalić kominek ta jedną mokrą zapałką... Wszystko fajnie, jak pada i wieje i jest ogólnie do kitu. Niefajnie jednak zaczyna robić się wtedy, kiedy wychodzi słońce, słupek rtęci przypomina sobie o swoich podstawowych obowiązkach i po kilkudniowym lenistwie wreszcie pracowicie zaczyna piąć się w górę, a człowiek tak stoi i stoi na tym skraju tarasu i głupawo wpartuje się w coraz czystsze niebo.
Wtedy to nawet krew może zalać. No bo skoro inni pojechali, to znaczy, że jednak miło spędzą czas. Że bedzie spacer, fotografia, jezioro, węgiel, mięso, warzywka i trunki. A tu... w lodówce na dobre rozgościł się zaprzyjaźniony pingwin, grill smętnie stoi zakurzony w kącie ogrodu, a najbliższy węgiej jest na dolnym pokładzie kopalni Zofiówka w Rudzie Ślaskiej.
Skąd wiem, że krew może zalać? Ha! Dziś wreszcie wyjrzało słońce i zrobiło się ciepło. Dzieci hasały, muchy ożyły, a ja... miałam chyba mocno głupią minę tak stojąc i myśląc o tym, ze inni siedzą i się lenią, a ja wieczorem musze do pracy. I jak tak stałam i myślałam z głupią mina, to poczułam, że... wstąpiła we mnie nowa moc. Przegoniłam pingwina, zaprzyjaźniłam sie z wyjątkowo dobrze zaopatrzonym sklepikiem osiedlowym, zajrzałam do schowka i odkopałam sprzęt, który sprawił że od razu wiedziałam, ze to nie będzie stracone popołudnie.

Raclette

Niby małe a wielkie, niby technika a prościzna, niby beleco, a jednak! Boskie urządzenie! Czyściutkie, sprawne, miłe i sympatyczne! Nawet w deszczu pozwala oderwać się na chwilę od rutyny codziennego obiadkowania. I jak trzeba, to udaje, że jezioro tuż tuż, grzyby rosna dziko jak... grzyby po deszczu, a idylliczny widok przysłania jedynie tak podstępnie i kretynsko postawiony dom sąsiadów.

Na pierwszy ogień poszły cevapcici. A w zasadzie moja własna wariacja na ich temat. W necie znalazłam wiele przepisów:


1) 500 g mielonego mięsa, 3 cebule, 1 łyżka mąki, sól, pieprz, pół łyżeczki słodkiej lub ostrej papryki, 1 łyżeczka majeranku, mąka do panierowania,
2) 1 kg mięsa, 5 dużych czerwonych cebul, 5 dużych ząbków czosnku, 1 łyżka soli, 1,5 łyżki pieprzu czarnego mielonego, 2 łyżki papryki słodkiej papryki, 2 łyżki papryki ostrej, 2 łyżki suszonej natki pietruszki, 2 łyżki oleju, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 50 ml wody mineralnej,
3) 0,5 kg mielonego mięsa woł-wieprz, 2 średnie cebule, jajko, bułka, natka pietruszki, papryka peperoni w proszku, sól, pieprz.

Ja, na wszelki wypadek, tak żeby nie usłyszeć: "mamo, co to to okropne zielone w tym mięsie?????", albo: "co to takie czerwone", albo tysiąca innych uwag, których nawet nie potrafię sobie wyobrazić, zrobiłam "prawie" cevapcici, czyli zwykłe kotlety mielone w niezwykłym anturażu. Dobrawiłam po swojemu mielone, nabiłam je na szaszłykowe patyczki, opanierowałam w pokruszonych drobno płatkach sniadaniowych (mamo, kiedy znów nam zrobisz te dobre chrupiące kotleciki???) i położyłam na racletowym grillu.

Obok nich spoczęły dumnie i uroczyście zamarynowane wczesniej piersi kurczaka. A że lubię je bardzo prosto i bardzo pachnąco, to za marynatrę posłużyły jedynie: duża ilość czosnku, sól i trochę oliwy.

Miałm też ugotowane wczoraj młode ziemniaczki, które wołały głośno z lodówki o nową gustowną grillową odzież w brązowo-czarne paseczki.

Do tego ogromna micha sałaty z pomidorem, papryka, cebulowymi krążkami, jedrnym szczypiorem i fetowymi kostkami (obok na talerzyku, bo oczywiscie nie wszyscy lubia). To wszystko skropione oliwą, sokiem z cytryny i posolone i popieprzone do smaku.

A że raclette nie można się nacieszyć tak od jednego razu, po dłuższym odpoczynku był deser. Też raclettowy off course!

Kiedyś aż mnie ścisnęło w dołku, jak obejrzałam jeden z odcinków programu Nigelli. I grilla i czekoladę ubóstiwam jednako. Nie mogłam sie więc oprzeć idei przeniesienia przepisu na grillowanego ananasa z sosem czekoladowym na grunt grilla inaczej.

1 dojrzały ananas,
Troche cukru demerara,
200 g gorzkiej czekolady,
125 ml malibu,
2 łyżki cukru pudru (zależy od tego jaka gorzka jest czekolada),
125 ml kremówki
bambusowe patyczki do szaszłyków,

Przygotować patyczki (w wersji grilowej wymoczyć je dobrze w wodzie - ok. 20 min.). Obrac ananasa, wykroić środek, pokroić go w "ósemki". Nadziać ananasa na szpadki. Obtoczyć go w cukrze demerara i położyć na grillu (lub raclette).

W miedzyczasie w ganku o grubym dnie rozpuścić czekoladę, cukier, malibu i śmietankę. Kiedy wszystkie składniki już sie dobrze połączą, przelać sos do małych miseczek (tylu, ilu jest jedzących).

Gdy cukier na ananasie się skarmelizuje, maczać owoc w sosie i delektować się.

Genialnie proste! Genialnie pyszne! O znośna lekkości bytu!

sobota, 28 kwietnia 2007

o(D)czarowanie

Ubóstwiam patrzeć na słonie. Najbardziej fascynują mnie ich ogromne uszy. Wielkie płachty szarego materiału chłodzące ogromne ciało w czasie upału. Boski widok. Też kiedyś próbowałam... ale... moje uszy były zielone i delikatne. Rwały się przy dłuższym użytkowaniu. No cóż... dziecięca wyobraźnia... Ale było ich zawsze w ogrodzie tyle, że można było zrywać dzień w dzień i co dzień i wciąż i... jeszcze zostawało. Od kiedy tylko pamiętam w naszym ogrodzie rósł rabarbar. Był ogomny, rósł mocarnymi kępami pod wiśniami. Za każdym razem gdy się bawiłam, to wyrywałam mięsiste czerwone łodygi i "gotowałam" z nich swoje potrawy. Wielkie, lekko szorstkie od spodu liście z mocnym żyłkowaniem, pokrojone, przypominały liście botwinki w zabarwionym surowym burakiem młodym "barszczyku". Pokrojone w plastry łodygi udawały, w zależności od potrzeby, albo plasterki ogórka albo pomidora malowniczo ułożone na "kanapkach" dla lalek. Czasami też były włanie uszami słonia, który przedziela się przez zarośnięte chaszcze... Na forach kulinarnych czytam, że rabarbar to rarytas. Że pyszny, obłędny, ze super... Mocno mnie to dziwi, bo rabarbar u nas jadało się... obrany ze skórki i żyłek i maczany w grubym krysztale. Nic więcej! No, może jeszcze kompot. I poza tym - jakoś nie bardzo go pamiętam. Taki był niepozorny, kwaskowaty, taki... pospolity...

Dziś poszłam po zakupy na rynek. Szłam, wybierając wzrokiem co ładniejsze owoce i warzywa, w pewnym momencie zobaczyłam młody, świeży rabarbar. Wiedziona jakims impulsem poprosiłam o pęczek. Teraz lezy i czeka w lodówce. Może odczaruję uprzedzenia dzieciństwa?

Juz wiem, ze na pewno zrobię ciasto, ale... znalazłam też coś ciekawego. Przepis nie mój, więc wymaga dopracowania. Ale spróbować warto, tym bardziej, ze ten rabarbar taki kusząco młodziutki...

Rabarbarówka:

0,7 litra wódki,
2 pędy rabarbaru,
skórka z połowy cytryny,
1-2 goździki,
mała laska cynamonu,
3 łyżki cukru,

Zmiażdżyć rabarbar w moździerzu. Wsypać miazgę do słoja, zasypać cukrem. Zostawić do lekkiej fermentacji na co najmniej dwa dni.

To juz zrobione.


Za kilka dni dalsza częsc rabarbarowej odysei, bo przeciez jak sfermetuje, to: dodać gożdziki, cynamon, skórkę cytrynową i zalać wódką. Zostawić w ciemnym i chłodnym miejscu na co najmniej trzy tygodnie. Wstrząsać codziennie. Po tym czasie przefiltrować i wlać do butelek. Mimo, że jest gotowy do picia od razu, to jednak lepiej smakuje, jeśli przegryzie się przez co najmniej trzy miesiące.

Ale zanim bede wiedziec, czy nalewka to wielka porazka czy moze cos naprawde smacznego, to zrobie... zrobię sernik! A w zasadzie serniczek, czyli rabarbarowo-serowa tarte:

Serniczek z rabarbarem:

Spód:

1 szklanka mąki,
1/4 szkl. cukru,
1/2 szklanki masła,

Owoce:

3 szklanki pokrojonego rabarbaru,
1/2 szklanki cukru,
1 łyżka mąki,

Ser:

250 g serka kremowego,
1/2 szkl cukru,
2 jajka,

Glazura:

400 g kwaśnej śmietany,
2 łyżki cukru,
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,

1 łyzka maki ziemniaczanej,

Zanim zrobilo sie to:



Musialam:

Rozgrzac piekarnik do 190 stopni. W misce zrobilam kruszonkę z mąki, cukru i masła. Wylepilam nią blaszkę o średnicy 23 centymetrów.

Połączylam pokrojony rabarbar, cukier i mąkę. Wyłozylam na surowy spód. Pieklam ok. 15 minut. Wyjelam z piekarniak.

Obniżylam temperaturę piekarnika do 175 stopni.

W miedzyczasie połączylam serek z cukrem, ubijalam aż masa stanie się kremowa. Dodawalam po jednym jajku, kolejne dopiero jak pierwsze bylo już bardzo dokładnie wmniesznae i ubite. Wylalam mase na gorący jeszcze rabarbar.

Pieklam ok. 45-50 minut (aż masa będzie dobrze ścięta).

Znow w miedzyczasie połączylam śmietanę, cukier, make i ekstrakt. Wylalam na tarte. Pieklam jeszcze ok 10-15 minut. Pozwolilam stygnac razem z piekarnikiem.

To nie jakas ekstrawagancja, ale mila przyjemnosc na podwieczorek. Interesujaca i inna. Boska w formie tartaletek.


wtorek, 24 kwietnia 2007

Naszego Klubu tęcza...

Pytanie na dzień dobry. Co robi szef Komitetu Stałego Rady Ministrów? Odpowiedź: pracuje do upadłego. Od wczoraj honorowy obywatel Włoszczowy, Przemysław Edgar Gosiewski wyznał, że tak się dla nas poświęca, że jego dzień pracy zaczyna sie o 6.00 rano a kończy o północy.
Czyli ni mniej ni więcej bite 18 godzin na dobę ciężko dla nas pracuje i się poświęca - minister Edgar - naszego rządu wielobarwna tęcza.
No to teraz chwilę o efektach tej pracy.

Po pierwsze: niewypowiadziana wdzięczność mieszkańców Włoszczowy za połączenie kolejowe z wielkim światem - jeśli za taki uznać Warszawę i Kraków.
Po drugie: najsłynniejszy peron IV Rzeczpospolitej - kto wie czy nie sławniejszy nawet od Juana Peróna - dyktatora Argentyny.
Po trzecie: zapowiedź dalszego niebywałego rozwoju kielecczyzny - m.in. poprzez budowę lotniska umożliwiającego temu niezwykle prężnemu - potencjalnie - regionowi połączenie z jeszcze większym światem...
Tylko po co? - zapytałby ktoś... No jak to. Jeśli nasz najbardziej zapracowany minister w historii polskiej państwowości, ma odpowiadać za zorganizowanie w Polsce Euro 2012 - to gdzie powinien odbyć się finał? W Warszawie, Kijowie? Przecież, że we Włoszczowie.
No dobrze, pożartowaliśmy sobie - to teraz już poważnie.
Krótka lekcja historii powszechnej. Otóż, panie ministrze Przemysławie Edgarze. Podobnie jak Pan - czyli 18 godzin na dobę pracował onegdaj prezydent USA Jimmy Carter. Skutki były takie, że na koniec jego kadencji - Stany Zjednoczone pogrążały się w głębokim kryzysie gospodarczym, a Związek Sowiecki spokojnie zdobywał kolejne przyczółki w Ameryce Środokowej. Po Carterze nastał Ronald Reagan, niewątpliwie jeden z najwybitniejszych amerykańskich przywódców XX wieku. Wyciągnął USA z kryzysu i rozmontował ZSRR.
Do pracy w Białym Domu zabierał sie około 11.00. Przeznaczał na nią nie więcej niż 6 godzin dziennie. Zasłynął też m.in z licznych bon motów. Jeden z nich dedykuję ministrowi Gosiewskiemu i innym zapracowanym ministrom: "W sprawach wagi państwowej, budźcie mnie bez względu na wszystko, nawet w trakcie posiedzień rządu."
Ronald Reagan po prostu wiedział, że tak naprawdę nie chodzi o to, ile godzin, tylko... jak!

To nie moje, to mojego kolegi Mariana. Nie moglam sie oprzec, facet jest genialny...

piątek, 20 kwietnia 2007

Do booooooooju Polsko!

To stało się w środę 18 kwietnia. Ta data niewątpliwie przejdzie do historii Polski. A wszystko zaczęło się skromnie i tak, ze nikt, przyznajmy to szczerze, nie wierzył, ze skończy się tak jak skończyło...

Środa 11.30:

Zaczyna sie ceremonia ogłoszenia gospodarza Euro 2012.

11.31:

Na mównicę wychodzi Rzecznik Komitetu Wykonawczego Europejskiej Unii Piłkarskiej William Gaillard. Zapowiada krótki film, przypominający wszystkie trzy kandydatury (Włochy, Chorwacja/Węgry, Polska/Ukraina).

11.33:

Gaillard oznajmia z uśmiechem: "a za chwilę prezydent UEFA Michel Platini ogłosi to, na co wszyscy tak czekają"

11.33

Platini wchodzi na mównicę. Trzyma w ręku zaklejoną dużą szarą kopertę. Usmiecha się szeroko. Zaczyna mówić. Wie jak budować napięcie. Bo zaczyna od... wyrażenia solidarności z przeżywającym kłopoty zdrowotne Diego Maradoną. Wszyscy gryzą paluchy z niepokoju. Platini otwiera kopertę. I mówi: "ORGANIZATOREM EURO 2012... zawiesza głos... i powoli wyciaga z koperty kartkę... ZOSTAJE... kartka wolno wysuwa sie z koperty... wszyscy zastygają... i zanim jeszcze wypowiada te zaskakujące dla wszystkich słowa... widzę, jak na wyciąganej kartce od lewej strony pojawiają sie ogromne drukowane litery: POL... i pod nimi... UKR... ZOSTAJE POLSKA I UKRAINA!".

11.34

Ryk radości, jaki wyrwał się z naszych gardeł... no czegoś takiego jeszcze nie słyszałam... euforia, radość, niedowierzanie, CUD!

Niby kibolem nie jestem, ale... to ogromne przedsięwzięcia i wydarzenie bez precedensu. Co by nie mówić - ogromna szansa. Są różne teorie dlaczego, ale przeważa jedna - wygraliśmy, bo jeseśmy - paradokslanie - krajem zacofanym bez infrastruktury i związaliśmy sie z Ukrainą, którą Europa bardzo mocno chciałaby wyciągnąć spod wpływów Rosji. Niezaleznie od tego dlaczego - ciesze się. Ciesze się bardzo. Mocno.


Do BOJU POOOOOOOOOLSKOOOO!






Od czasu ogłoszenia wyniku na nic nie mam czasu. W firmie jest tyle roboty, ze nie zdanżam. A jak zdanżam, to jestem tak zmęczona, że zasypiam na pustej taczce... ale nie ma zmiłuj. Jakoś to trzeba uczcić. Wymyśliłam więc coś takiego:

Piłeczki okolicznościowe:

1 puszka mleka skondensowanego słodzonego,
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej,
1,5-2 szklanek grubo krojonych orzechów (najlepiej mieszanych)
300 gram gorzkiej czekolady,

Mleko w puszcze gotować przez co najmniej 4 godziny, ostudzić. Jak będzie zupełnie chłodne, otworzyć puszkę, przełożyć do garnuszka, delikatnie podgrzać, aż zrobi się lekko płynne i plastyczne. Ekstrakt lekko podgrzać, tyle, zeby dało się w nim rozpuscic kawę, dodac do mleka razem z orzechami. Wszystko dokładnie wymieszać. Pozwolić ostygnąć, potem włożyć do lodówki i dać zastygnąć. Gdy zgęstnieje, nabierać łyżeczką małe porcje i toczyć z nich kuleczki. Gotowe kuleczki włożyć do lodówki, żeby zastygły. Rozpuścić czekoladę, ochlodzić. Zimne kulki maczać w rozpuszczonej czekoladzie, odkładać na kratkę do wyschniecia.

Pięknie wyglądają w malutkich papilotkach.
Jesliby masa po dosypaniu orzechow wygladala na zbyt plynna nawet po wyjeciu jej po nocnym lezakowaniu z lodowki, to bez obaw mozna dodac jeszcze orzechów albo mleka w proszku. Dosypywac po trochu, na oko aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
No to....




DO BOJU POOOOOOOOOOLSKO!!!!!!!!!!!!