piątek, 3 sierpnia 2007

Funeral Blues W.H. Auden



Niech staną zegary,
Zamilkną telefony,
Dajcie psu kość,
Niech nie szczeka,
niech śpi najedzony.

Niech milczą fortepiany,
I w miękkiej werbli ciszy,
Wynieście trumnę,
Niech przyjdą żałobnicy,

Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije,
I kreśli na niebie napis "Ona nie żyje!"

Włóżcie żałobne wstążki na białe szyje gołębi ulicznych,
Policjanci na skrzyżowaniach niech noszą czarne rękawiczki.

W Niej miałam moją północ, południe i zachód i wschód,
Niedzielny odpoczynek i codzienny trud.
Jasność dnia i mrok nocy, moje słowa i śpiew,
Miłość, myślałam, będzie trwała wiecznie,
Myliłam się.


Nie potrzeba już gwiazd - zgaście wszystkie - do końca!
Zdejmijcie z nieba Księżyc i rozmontujcie słońce,
Wylejcie wodę z morza, odbierzcie drzewom cień,
Teraz już nigdy na nic nie przydadzą się.


**********************


Stop all the clocks,
cut off the telephone,
Prevent the dog from barking with a juicy bone,
Silence the pianos and with muffled drum
Bring out the coffin,
let the mourners come.


Let aeroplanes circle moaning overhead
Scribbling on the sky the message She is Dead.
Put crepe bows round the white necks of the public doves,
Let the traffic policemen wear black cotton gloves.


She was my North, my South, my East and West,
My working week and my Sunday rest,
My noon, my midnight, my talk, my song;
I thought that love would last forever: I was wrong.


The stars are not wanted now; put out every one,
Pack up the moon and dismantle the sun,
Pour away the ocean and sweep up the woods;
For nothing now can ever come to any good

wtorek, 24 lipca 2007

Jak motyle.. :-)

Trzy posiłki. Pół godziny przed pierwszym, na czczo - owoc. Przykładowe śniadanie: chudy twarożek z takimż jogurtem i dużą ilością ulubionej zieleniny, 2-3 kromki chleba typu deska, fuuuuuuura warzyw. Trzy godziny przerwy. Obiad (przeważnie w pracy): kabanos, kawałek sera camembert, fuuuuuuuura zieleniny. Cztery godziny przerwy. Kolacja: soczewica z sosem pomidorowym i fuuuuuuurą warzyw. I da sie przeżyć. Naprawdę.
To ciężka walka, którą podejmuję już nie wiem który raz. Ale moze tym razem się uda???? MUSI! Powtarzam sobie w myśli, ze tym razem musi. Tym bardziej, że widzę pierwsze efekty, ta dieta czy moze inaczej - sposób zywienia mi bardzo odpowiada, a posiłki nie są monotonne, choć skłądające się ze średnio bogatej ilości składników. Odkryłam bardzo, w zasadzie nawet bardziej, niz sesnsowną stronę na temat Diety Montignac i stamąd czerpię natchnienie. Są porady, świetne przepisy, dokładne opisy metody i jej zasad. Strona jest naprawdę świetna, i choć nie mam na razie śmiałości odzywać się na forum, to za tym pośrednictwem - dziewczyny, dzięki!
Ale... nie o tym miało być...

Dziś cały dzien szło mi bardzo dobrze, ale wieczorem się zaczęło. Nosić mnie zaczęło konkretnie. I poczułam, że jak czegoś nie zrobię, to zwariuję. Bo poczułam... SSANIE! Przemożne, dzikie, wielkie, pożądliwe SSANIE. Na słodkie to było ssanie!!!
W desperacji chwyciłam portfel i chiałam lecieć po czekladę z okienkiem, ale tu... w drzwiach zaparł się mój mąż! Zagroził sankcjami, jeśli polezę. No i... zostałam. Ale... HA! Od czego głowa i podpowiedzi na róznych forach...

Było niskokaloryczne frappe i ... marzenia o średnio-niskokalorycznym, ale dopuszczalnym tylko nie do tego rodzaju posiłku - cieście pod chmurami wg. Nigelli :-))

Wszystko wyszperane na forum mniama i lekko dopasowane do ssącej, aczkolwiek niskokalorycznej potrzeby :-))))

Frappe

Wysoka szklanka
dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej zbożowej (ja używam zbożowo-zwykłej), czyli albo ricore (do dostania wszędzie) albo cafea (o dostania w żabce, sporo tańsza a równie smaczna jak rocore),
łyżeczka do dwóch fruktozy (w zależnosci od "słodkości" zębów)
lód, mleko 0,5%

Do szklanki wsypać kawę i fruktozę. Zalać odrobiną wody (fajna jest gazowana), ubijać mieszadełkiem do cappucino. Jak piany będzie dużo dużo i już nie będzie się w trakcie ubijania podnosić, dodać dwie kostki lodu, uzupełnić zimnym mlekiem. Ale wypas!

I chocolate cloud cake (wersja MM, do posiłku tłuszczowego)

Ciasto:
250 g ciemnej czekolady minimum 70%,
125 g masła,
6 jajek: 2 całe, 4 żółtka, 4 białka,
175 g fuktozy,


ewentualnie:
2 łyżki likieru pomarańczowego albo innego alkoholu,
starta skórka z pomarańczy
Obłoczek:
500 ml kremówki,
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
ew. 1 łyżeczka likieru (lub brandy i aromatu pomaranczowego),
Gorzkie kakao do posypania

Tortownica o średnicy 23 cm
Białka ubić na półsztywno, pod koniec ubijania dodać 100 g fruktozy i jeszcze przez chwilę ubijać.
W osobnej misce ubić jajka, żółtka, masło, rozpuszczoną i schłodzoną czekolade, cukier. Wmieszać skórkę pomarańczową.

Obydwie masy delikatnie połączyć (najpierw wmieszać łyżkę białek, rozmieszać żeby masa czekoladowa była lżejsza i potem delikatnie domieszać resztę białek).

Wlać do tortownicy, w której wyłożone papierem albo wysmarowane tłuszczem jest tylko dno. Piec w 180 st. albo 30-40 minut albo do czasu az ciasto będzie matowe i popękane z wierzchu.
Środek ciasta po wyjęciu sie zapadnie.

Wyjąć, położyć w tortownicy na kratkę, ostudzić. Wyjmować dopiero, gdy będzie chłodne.

Ubić śmietanę z alkoholem. Nałożyć ją na środek ciasta, tam gdzie się tak ładnie zapadło.

niedziela, 22 lipca 2007

Droga na Ostrołękę...

Mogłabym być marynarzem. Wody się boję, ale co tam! Od czego nowoczesny sprzęt pływający w postaci dmuchanej kaczki albo rękawków do pływania :-) Mogłabym na ten przykład pływać po wodach płytkich, śródlądowych. Wolę zresztą takie rejsy - wolne, leniwe, nicniemuszące, kontemplacyjne...

Pływać chciałabym, no bo dobrze w każdym porcie (choćby i płytkim, śródlądowym) kogoś mieć. Oj jak dobrze. Super jest świadomość, że gdzie nie pojedziesz, tam zawsze ktoś na ciebie czeka. I nawet jeśli przypłyniesz bez wcześniejszej zapowiedzi, to wystarczy jeden telefon i znajdzie się para ciepłych skarpetek i kubek herbaty z rumem.

Byłam ostatnio w jednym takim porcie. I po tej wizycie zrobiło mi się miło i ciepło. To już parę dni temu, ale wciąż o tym myślę... Człowiek potrzebuje przynależności. Tę kolorowa i rozkrzyczaną przynalezność znalazłam na mniamie. I ten człowiek potrzebuje też mieć kogoś, kto myśli podobnie. I bez zobowiązań. I niekoniecznie przymusza do posiadania takiego samego zdania na każdy temat. Bo to dobrze dowiedzieć się, że każdy ma podobne problemy, wątpliwości czy przeżywa podobne uniesienia a wzrusza go zasadniczo to samo, tylko opakowane w inny papierek.
Miło jest czasami posiedzieć i tak po prostu pogadać. A najcieplej robi się wtedy, kiedy się kogoś zna "na odległość: a wchodzi się do jego domu (obcego zasadniczo), dostaje skarpetki i herbatę i siedzi, siedzi, siedzi i gada. Ot tak. O wszystkim i niczym. O ciąży, chorobie, ostatnio kupionej bieliźnie i kwiatach które sąsiadka obiecała dać do rozsadzenia. O śmieciarce, która nie może dojechać od wczoraj i cudownych nalewkach polskiego hrabiego we Francji. Bosko, że nikt nie czuje się skrępowany, że co chwila wychodzi, żeby coś sprawdzić albo popracować, a rozmowa toczy się dalej przy udziale dowolnej ilości osób.

Zasadniczo powinnam dostać komisyjnie w zęby za napisanie o herbacie. Herbata. Pac! Her... bata. Pac! Pac! Her... dobra, przyznam się... uczta jaka na mnie czekała, powaliła mnie z nóg!
Były: faszerowane pomidory na ciepło (Pycha!), hawajska sałatka z dorsza, mango i sałaty z dressingiem z curry i jogo/majo (Mniamć!), wytrawne muffiny z serem halloumi, oliwkami i suszonymi pomidorami (Niebo w gębie!) i ciasto jagodowe (Moja dieta stała się przeszłoscią!).
Byłam pod wrażeniem! Matka trójce dzieci w tym jednemu absorbującemu oseskowi, żona mężu, gospodyni domu, podsumowując - chodzący ideał.
Tak szybko minął nam czas, że zapomniałam w ogóle zapytać o przepisy. Ale muffiny, które zdaniem autorki były niedobre a mi smakowały bardziej niż mocno, sprokurowałam własnnymi siłami i dałam rodzinie do pożarcia. Nie jęczeli, jak to zwykle mają w zwyczaju, gdy im coś nie pasuje ;-) Aaaa, halloumi, którego nie miałam pod ręką, zastąpiłam bardzo podobnym, moim zdaniem, oscypkiem (najlepszy byłby niewędzony, ale takiego też brakło). Nieeeebo w mojej dłoni!

Podwieczorkowa letnia doskonałość. Czyli wytrawne muffiny z oscypkiem (serem halloumi), oliwkami i suszonymi pomidorami.

Na 12 normalnych lub 48 mini muffinów

1,5 szklanki mąki,
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
1 łyżeczka sody oczyszczonej,
100 g sera, pokrojonego w słupki,
garśc oliwek, przekrojonych na połówki albo ćwiartki,
garść suszonych pomidorów z oliwy, pokrojonych w paseczki,
szczypta soli,

2 jajka,
1/3 szklanki jogurtu greckiego,
1/3 szklanki mleka (plus ew. ok pół szklanki),
1/3 szklanki rozpuszczonego ostudzonego masła,

Wyłożyć blachę do muffinów papilotkami.

Rozgrzać piekarnik do 200 stopni

Suche składniki (w tym ser, oliwki, pomidory) wymieszać w dużej misce.
Jaja roztrzepać w osobnej misce, dodać resztę płynów, wlać do miski ze składnikami suchymi. Szybko "niedokładnie" wymieszać. To znaczy - składniki mają być połączone, ale nie zmiksowane albo wymieszane na gładko. Ciasto ma mieć konsystencję baaardzo gęstej, grudkowatej śmietany. Jeśli w trakcie mieszania okaże się, ze całość jest za sucha, dodać mleka, do uzyskania pożądanej konsystencji.

Nakładać ciasto dwoma łyżkami, do wysokości rantu w papilotkach, dzięki temu potem babeczki będą pięknie wyrośnięte i takie mocno puchate. Piec do zrumienienia. Wyjąć, ostudzić lekko na kratce. Można podawać ze zwykłym jogurtem greckim z dowolnymi ulubionymi ziołam, można z sosem tzatziki. Kawałek nieba w gębusi!

Aaaa, jeszcze jego. Przeglądając książkę Janaro, natknęłam się na super ciacha. Już stoją w kolejce do upieczenia ;-)


No fajnie być marynarzem!

wtorek, 26 czerwca 2007

Wolnym rodnikom stanowcze NIE!



Truskawki zawierają wiele składników korzystnych dla zdrowia. Jednak zalane alkoholem mogą być jeszcze zdrowsze - wynika z najnowszych badań przeprowadzonych w Tajlandii. Artykuł na ten temat zamieszcza pismo "Journal of the Science of Food and Agriculture". Do takich wniosków doszli naukowcy z Uniwersytetu w Kasetsart w Tajlandii, którzy we współpracy z amerykańskimi naukowcami z ministerstwa rolnictwa pracowali nad metodami, które przedłużałyby świeżość truskawek w trakcie przechowywania. Okazało się, że zalane alkoholem owoce są nie tylko bardziej odporne na zepsucie, ale też zyskują na własnościach zdrowotnych. Pod wpływem alkoholu rosła bowiem aktywność obecnych w truskawkach przeciwutleniaczy - związków, które mogą uchronić komórki i tkanki przed szkodliwym działaniem wolnych rodników.
Wolne rodniki są produktami przemiany materii o działaniu silnie utleniającym, przez co niszczą cenne składniki komórek. Wyniki wielu badań sugerują, że cząsteczki te przyspieszają procesy starzenia organizmu i przyczyniają się do wielu chorób, w tym chorób serca, raka czy schorzeń neurodegeneracyjnych. Najważniejsze przeciwutleniacze truskawek należą do polifenoli oraz do antocyjanów. Osoby, które nie są miłośnikami truskawkowych drinków (np. truskawkowego daiquiris), może ucieszyć fakt, że naukowcy uzyskali podobne wyniki w doświadczeniach z jeżynami.

Noooooo, skoro naukowcy tak twierdzą, to nie mogę się dłużej opierać:


Wolnym rodnikom stanowcze NIE! (czyli nalewka truskawkowa trochę po mojemu)



1 kg dojrzałych truskawek,

25 dkg cukru,


0,5 l spirytusu plus 0,5 szklanki,

0.5 szklanki przegotowanej, przestudzonej wody,

1 limetka.



Truskawki trzymając za szypułki delikatnie zanurzać w spirytusie, umyć w alkoholu. Odłożyć do wyschnięcia. Usunąć szypułki. Włożyć do słoja, przesypać cukrem i zostawić na co najmniej godzinę, żeby puściły sok. Spirytus zmieszać z wodą, zalac truskawki. Zamknąc słój i delikatnie wstrząsnąc, żeby całośc się wymieszała. Odstawić na ok. 6 tygodni.


Po tym czasie alkohol zlać.

Limetkę wyszorować namydloną szczoteczką. Włożyć do kubka, zalać wrzącą wodą, zostawić na chwilę do wyparzenia. Z połowy owocu obieraczką do warzyw ściąć skórkę (bez albedo), wrzucić do nalewki. Dodać też pokrojoną w plastry limetę. Wymieszać, odstawić na kolejne 2 tygodnie. Po tym czasie zlać i przefiltrować.


Odstawić żeby dojrzała przez co najmniej 3 miesiące.


Jeśli nalewka ma być super aromatyczna a jeszcze trwa sezon na truskawki, to po wyjęciu skórki i cząstek limetki, znów do nalewki wrzucić kilogram świezych dojrzałych truskawek i odstawić na ok. 6 tygodni. Dopiero potem zlać i filtrować. I odstawić do dojrzewania.


To co wychodzi z tego drugiego nastawu ma aromat boskiej ambrozji. Warto spróbować!

niedziela, 24 czerwca 2007

Różowe okulary

Wreszcie chce mi się żyć! Bo jeszcze do niedawna... szkoda gadać. Nie było powodu, nie było chęci, nie było chcenia do chęci. Już myśłałam, zę coś ze mną nie tak, albo... nie tak. A okazało się, że tak, choć na opak. I że za to wszystko odpowiedzialne jest coś wielkości... baketrii? mikroba? jednej milionowej główki od szpilki? Zrobiłam badania, czarno na białym pokazały: niedoczynność tarczycy. Mam lekarstwo. I... znów mi się chce! To niewiarygodne, jak wielkiego kopa do życia daje samo poczucie, że ZNÓW człowiekowi się CHCE chcieć! Tyle tu wykrzykników, bo to uczucie równie dla mnie fascynujące, co zaskakujące. Już po raz drugi w życiu przekonałam się, jak bardzo każdy uzależniony jest od czynników od sobie nieznanych i sobie niewiadomych. I jak mało potrzeba na początek, żeby potem wszystko jakoś się "samo" układało.
Mam teraz tyle energii, że znów potrafię spojrzeć sobie w oczy w lustrze, znów potrafię cieszyć się z pięknie kwitnących wkoło kwiatów, znów uśiechnąć się na myśl o skrzących się rubinowo w słoiczkach konfiturach i dżemach z truskawek. I chociaż wieczorami padam jak dawniej, to czasami udaje mi się jeszcze przedłużych mojego "stand-bya" o godzinę albo kilkanaście minut i to też uważam za wielki sukces. W dobry humor wprawia mnie poprawnie zrobione zdjecie albo kolejny przepis, który mi sie uda znaleźć w starej książce. Wszystko, generalnie wszystko. Mam wreszcie powód, żeby wstać z łóżka. Ten powód to chęć do życia :-).

Ostatnio wieczorem, zaczęłam znów kopać w Disslowej i odkryłam boskie, bo niemożebnie pyszne i nieziemsko proste lody. Niewiele myśląc, zrobiłam. Warto było, to słabe określenie. Co prawda nie sa w konsystencji jeszcze tak kremowe jak lody sklepowe, które dla mnei uchodzą za ideał, ale... jest w nich coś zniewalającego i obezwładniającego. To połączenie smaków, ta wyważona proporcja składników, te świeże owoce! Warto je zrobić, nawet bez maszynki do lodów, powinny się udać.


Lodowa, truskawkowa doskonałość (czyli zupełnie zwykłe lody oglądane przez różowe okulary)


5 żółtek,
0,5 litra kremówki,
18 dag cukru,
3/4 litra truskawek (poziomek, malin etc)



Żółtka dobrze ubić z cukrem. Dodać kremówkę. Całość podgrzewać, az masa dobrze zgęstnieje. Pilnować, zeby sie na zagotowało, bo będzie słodka jajecznica. Brrr :-)
Truskawki rozgnieść widelcem. Albo zmiksować, ale delikatnie i tylko tak, żeby owoce troche rozdrobnić. Fajnie jest, jak oprócz smaku prawdziwej truskawki, czuje się też kawałki owoców. Nie za wielkie, bo wtedy zamieniają się w lodowe bryły, tylko takie "lekko grubsze" cząstki.
Ostudzić, wlać mieszankę do maszynki do lodów, zamrozić.

Nie próbowałam, ale wydaje mi się, że i bez maszynki można sobie poradzić. Wystarczy postąpić jak z sorbetem. Czyli ostudzić, wlac do pojemniczka i mrozić, co pewien czas mieszając widelcem. Chodzi o to, żeby rozbić kryształki lodu i zamarzającego gładkiego truskawkowego jeziora, zrobić zmrożony różowy śnieg.

Wyjąć na ok. 15 minut przed podaniem, żeby "doszły". Wtedy podawać. Nie mają konsystencji lodowego kremu ze sklepu, ale smakiem biją każde truskawkowe lody, jakie dotychczas jadłam!

A jeśli nie w postaci lodów, to KONIECZNIE trzeba zrobić te mieszaknę i podać ją w postaci prawie zmrożonej, czyli w postaci tzw. szejka. Wystarczy wstawić na trochę do lodówki i pozwolić zmarznąć mieszance tak by się z niej zrobiła gęsta lodowo-śnieżna paciaja. A potem... raczyć się i raczyć. I nie móc przestać...

wtorek, 5 czerwca 2007

No zachodź już, zachodź... :-)

Rzadko kiedy jadamy razem. Rzadko, bo moje godziny pracy na to nie pozwalają. Ale jak już się uda, to bardzo się staramy. Żeby usiąść, wyłaczyć telewizor a pilota wyrzucić przez lewe ramię. Wbrew pozorom - to nie takie "Ą", "Ę", chociaż i takie hocki-klocki się zdarzają. Ale miło jest usiąść rano w ogrodzie i mrużąc oczy od blasku podnoszącego się powoli słońca, wypić kawę, chrupać tosty i rozkoszować się chwilą. Dziś udało sie taką chwilę złapać, ale przy słońcu zachodzącym.
Słońce więc sobie powoli zachodziło, a ja poczułam ochotę na coś orzeźwiającego, kolacyjnego i takiego, czym nawet moje dziewczynki nie wzgardzą. Zajrzałam do lodówki, a tam zestaw mocno nietypowy: trochę zieleni, ciasto jufka, turecki ser, keczup, a w schowku trochę puszek i siatka orzechów włoskich, które właśnie dostałam od mojej cioci-babci. Zasadniczo wtedy opadłam z sił. Ale... po chwili mnie olśniło! I z tego nagłego przebłysku i późniejszego stanowczego działania wyszło coś, co bardzo, bardzo lubię. Co syci, ale też orzeźwia, jest mocno smaczne i co ważne - nadaje się i na kolację jedzoną palcami w ogrodzie i na Bankiet w Ogrodach.

Mocno orzeźwiająca, cudownie zielona w smaku sałatka.




1 róża brokuła,
1 puszka kukurydzy,
garść-dwie orzechów włoskich plus kilka ładnych połówek do przybrania,
1 ogórek wąż,
majonez, sól, pieprz


Brokuła ugotować na pół twardo. Nie może być miękki, bo rozpadnie się w sałatce. Ostudzić, podzielić na różyczki. Kukurydzę osączyć z zalewy. Ogórka obrać i pokroić w grubą kostkę. Orzechy posiekać niezbyt dokładnie. mają być w sałatce wyczuwalne. Wszystkie składniki połączyć, dodać majonez (składniki mają być nim otoczone nie utopione), posolić popierzyć.




Ta sałatka to dla mnie kwitnesencja zieloności. Trudno to opisac, ale smak ma właśnie... zielony. Na wiosnę jest boska!

niedziela, 3 czerwca 2007

Grzech lekki

Jestem grzesznicą, nie zaprzeczę. Potrafię robić to wszędzie. Bez skrępowania, skrupułów i zawstydzenia. Pożądanie bywa tak silne, że po prostu, mimo świadomości przebywających wkoło ludzi, nie potrafię się opanować. Chęć popełnienia grzechu dopada mnie o różnych porach i w różnych miejscach. I przeważnie... zwycięża. Na myśl o boskim zapachu, cudownym gęstym soku płynącym po palcach, idealnym kształcie i aksamitnej powierzchowności po prostu nie mogę się opanować. I nawet specjalnie nie chcę. To jedna z cudowniejszych przyjemności na świecie. Przyjemności, której z lubością mogę się oddać zawsze i wszędzie. A mogę niestety tylko, gdy nadchodzi lato. Mój boski przedmiot pożądania jest równie ulotny, jak falujące na wietrze, pachnące słońcem trawy łąk. Trzeba bardzo mocno pracować nad tym, żeby nie przegapić momentu, kiedy owo boskie stworzenie jest najsmaczniejsze.

Najlepiej grzechowi oddać się na łące. Siedząc tuż obok pola, na którym równymi rzędami ktoś kiedyś zasadził tysiące malutkich krzewinek. Po dwóch-trzech latach te krzewinki stały się pokaźnymi krzakami, które, gdy patrzeć na nie z góry nie zapowiadają nic ciekawego. Ot, zwykłe zielsko. Ale gdy się położyć i odgarniać liście... Ten widok mocno podrażni wypobraźnię a ślinianki skłoni do intensywnej pracy. I wtedy wystarczy już tylko rwać. I... grzeszyć. I grzeszyć. I grzeszyć. Bez skrępowania, skrupułów i zawstydzenia. Czas dogodny do grzechu jest w końcu tak krótki!

No cóż... jestem grzesznicą. I dobrze mi z tym. A truskawki najlepiej smakują gdy są mocno dojrzałe i wygrzane słońcem i zrywa się je prosto z krzaka... Aaaach, no kiedy będzie ten pierwszy raz?





A propos! Najlepszy początek obiecującego wieczoru, to szampan z truskawkami. Jeśli akurat to nie środek słonecznego lata i sezonu truskawkowego, to do mocno schłodzonego szampana dodaję mrożoną truskawkę i listek melisy. A nawet jak jest środek lata, to świeże, dorodne truskawki wkładam też na trochę do zamrażarki. I takie na wpół zamrożone owoce wrzucam do kieliszka. Żaden dobrze zapowodający się wieczór nie skończył się chyba jeszcze po takim wstępie klapą ;-)

czwartek, 31 maja 2007

meravigliosa creatura


Poniedziałek, ok 13.00

Mała dziewczynka z długimi ciasno splecionymi warkoczami siedzi przy stole i pracowicie rozpracowuje miskę parujacego jeszcze marakonu posypanego cukrem i polanego kwaśną śmietaną. W roli głównej: makaron świderki.

Wtorek, ok. 13.00

Ta sama dziewczynka siedzi nad tą samą miską. Dziś inne danie: parujący jeszcze makaron, polany śmietaną, posypany grudkami twarogu i cukrem. W roli głównej: makaron muszelki.

Środa, ok. 13.00

Mała dziewczynka z kitkami i czerwonymi kokardkami wcina z zapałem makaron nitki, posypany cukrem, polany śmietaną i musem z truskawek.

Czwartek, ok. 13.00

Babcia wychodzi z kuchni, żeby nie patrzeć jak mała dziewczynka z ciasno splecioną koroną na głowie zajada ze smakiem makaron wstążki posypany cukrem i polany kwaśną śmietaną...

Piątek, ok. 13.00

Mała dziewczynka z błogością na twarzy wciąga w czeluście paszczy uśmietaniony i ucukrzony makaron nitki. Śmietana rozpryskuje się na policzkach, ubraniu i włosach. Młoda niczym nie zrażona, sięga po następną porcję...

Sobota, ok. 13.00

Dobrze, że dziś wolne i zamiast Babci, to Mama objęła wartę nad pełną miską parujących świderków polanych śmietaną i posypanych cukrem...

Niedziela, ok 13.00

Dziś odmiana! Rosół z makaronem! A na drugie... muszelki z truskawkami, cukrem i śmietaną!












Do dziś zastanawiam się, jak one to wytrzymały. Był czas, wiem to na pewno, kiedy na śniadanie, obiad i kolację jadałam WYŁĄCZNIE makaron. Bo nic innego mi podobno nie smakowało. Naprawdę podziwiam te kobiety. Na ich miejscu już na pewno swoją własną córkę groźbą, prośbą albo płaczem zmusiłabym do jedzenia czegokolwiek innego. No jak tak można na samym makaronie... a jednak... i co ciekawe - do dziś na myśl o makaronie z cukrem i śmietaną robi mi się... błogo. Co więcej - jestem gotowa rzucić i sprzedać dosłownie wszystko za miskę gorących jeszcze, parujących świderków z lodowato zimną kwaśną śmietaną i skrzypiącym podczas gryzienia kryształem. Nie kuszą mnie ani cynamony, ani owoce, ani inne wymyślne dodatki. Nic! Klasyka to podstawa.

Klasyką w moim domu było też to, że makaronu po ugotowaniu nie przelewało się zimną wodą, tylko do gorącego wkładało większe lub mniejsze kawałki świeżego masła i mieszało odrobinę, żeby masło się stopiło i błyszczącą warstewką pokryło każdy najmniejszy nawet kawałek makaronu. Ta klasyka została mi we krwi. I robię tak do dziś. I musze przyznać, że tego smaku nie pobije nic! Nawet na zimno wyjadam często z miseczki po kryjomu taki omaślony makaron. Toż to niebo w gębie! Kluchy kocham miłością wielką. A jeszcze od chwili, kiedy Magda z Mediolanu napisała, jak zrobić genialny domowy makaron i jak w PRZYDASIOWNI mam prawdziwie boską mąkę makaronową, nie jestem już w stanie przemóc się do kluch kupowanych "na mieście".

Magdziny przepis jest genialny w prostocie, a wykonany z najprawdziwszej mąki makaronowej, daje efekty iście nieziemskie! Gianna ma rację - to Cudowne stworzenie!


100 g mąki makaronowej,
1 duże jajko,


Całość dobrze wymieszać, zrobić nielepiące sie do rąk ciasto. Rozwałkować cieniutko. Pociąć na nitki, wstążki, zrobić płaty lasagnii. Pozwolić leciutko przeschnąć. Gotować w osolonym wrzątku. Mamma mia! Jakie to boskie!

wtorek, 22 maja 2007

Masz zielone?

W zasadzie sama do końca nie mogę sie zdecydować. Ale wydaje mi się, że już w tej mojej niepoukładanej głowie cođ kiekuje. Że przez niedomknięte okna coraz częściej wdziera się ciepły południowy wiatr. I wraz z upływem lat przekonuje mnie do miiejsc, w których powstał jako malutki Zefirek i został wychowany przez rodziców na mocarny, niesiony prądami powietrznymi, żywioł. Coraz częściej, gdy siedzę w ogrodzie, patrząc jak brykają wszystkie okoliczne maluchy, wydaje mi się, że kiedyś już, gdzieś, coś... Ale za mało mam jeszcze czasu na skupienie i nie potrafię do końca rozszyfrować, co to za kraina... Wiem, że na pewno jest zalana słońcem i cudowną, bujną zielenią. Mam dwa typy. ziś coś o jednym z nich. Tym dalszym co prawda, ale mocno rozkrzyczanym, kolorowym, pachnącym oliwą, suszonymi w słońcu pomidorami i boską zielenią....

W swojej ignorancji sądziłam, że szpinak, żeby był jadalny, musi być potraktowany wrzątkiem. O słodka naiwności! Nie musi, choć może. A jak nie jest tak traktowany, to oddaje całą pełnię smaku i aromatu. Wygląda do tego bosko i jest normalnym warzywem, które potrafi być smaczne bez większych kombinacji!

Boski szpinak


Duża miska przebranych i umytych liści świeżego szpinaku,
Pól słoiczka suszonych pomidorów w oliwie,
Oliwa z pomidorów,
1 kostka ziarnistej fety,
0,5-0,7 szkl pestek słoneczkina, uprażonych ew. prażone pestki pinii,
ew. 4 plastry szynki parmeńskiej/kumpiaka/innej szynki wędzonej na surowo,
Odrobina soli i pieprzu




Do miski wrzucić szpinak, co większe liście porwać. Fetę pokruszyć na drobne grudki, dodac do liści. Pomidory pokroić w paseczki, też wrzucić do środka. To samo ze słonecznikiem. Wszystko odrobinę posolić i popieprzyć, dodac troche oliwy z pomidorów, wymieszać. Jeśli będzie zbyt suche, dodać oliwy. Gdy będzie już takie jak ma być, pokroić szynkę w cienkie paski i posypać nimi sałatkę.

Jest boska z dobrym winem, jedzona w cienistym ogrodzie na późne śniadanie albo wczesną klację albo z jakiejkolwiek innej okazji...

To moje odkrycie ostatnich dni. Nie mogę się nim nacieszyć!

sobota, 5 maja 2007

Nieznośna lekkość bytu

W zasadzie to się cieszę, że nie zrobiłam sobie długiego weekendu. W zasadzie to się ciesze, że nie wyjechałam na jakiś wywczas. W zasadzie, to... miło jest mieć ogród, w którym jak się chce, to można usiąść z kubkiem kawy i poczytać książkę, patrząc jak bąble wszelkiej maści i wieku przekopują trawnik sąsiadów ;-). Super jest ciepło się odziawszy, stojąc na skraju tarasu myśleć, jak to inni marzną nad jakimś mokrym jeziorem, bezskutecznie próbując rozpalić kominek ta jedną mokrą zapałką... Wszystko fajnie, jak pada i wieje i jest ogólnie do kitu. Niefajnie jednak zaczyna robić się wtedy, kiedy wychodzi słońce, słupek rtęci przypomina sobie o swoich podstawowych obowiązkach i po kilkudniowym lenistwie wreszcie pracowicie zaczyna piąć się w górę, a człowiek tak stoi i stoi na tym skraju tarasu i głupawo wpartuje się w coraz czystsze niebo.
Wtedy to nawet krew może zalać. No bo skoro inni pojechali, to znaczy, że jednak miło spędzą czas. Że bedzie spacer, fotografia, jezioro, węgiel, mięso, warzywka i trunki. A tu... w lodówce na dobre rozgościł się zaprzyjaźniony pingwin, grill smętnie stoi zakurzony w kącie ogrodu, a najbliższy węgiej jest na dolnym pokładzie kopalni Zofiówka w Rudzie Ślaskiej.
Skąd wiem, że krew może zalać? Ha! Dziś wreszcie wyjrzało słońce i zrobiło się ciepło. Dzieci hasały, muchy ożyły, a ja... miałam chyba mocno głupią minę tak stojąc i myśląc o tym, ze inni siedzą i się lenią, a ja wieczorem musze do pracy. I jak tak stałam i myślałam z głupią mina, to poczułam, że... wstąpiła we mnie nowa moc. Przegoniłam pingwina, zaprzyjaźniłam sie z wyjątkowo dobrze zaopatrzonym sklepikiem osiedlowym, zajrzałam do schowka i odkopałam sprzęt, który sprawił że od razu wiedziałam, ze to nie będzie stracone popołudnie.

Raclette

Niby małe a wielkie, niby technika a prościzna, niby beleco, a jednak! Boskie urządzenie! Czyściutkie, sprawne, miłe i sympatyczne! Nawet w deszczu pozwala oderwać się na chwilę od rutyny codziennego obiadkowania. I jak trzeba, to udaje, że jezioro tuż tuż, grzyby rosna dziko jak... grzyby po deszczu, a idylliczny widok przysłania jedynie tak podstępnie i kretynsko postawiony dom sąsiadów.

Na pierwszy ogień poszły cevapcici. A w zasadzie moja własna wariacja na ich temat. W necie znalazłam wiele przepisów:


1) 500 g mielonego mięsa, 3 cebule, 1 łyżka mąki, sól, pieprz, pół łyżeczki słodkiej lub ostrej papryki, 1 łyżeczka majeranku, mąka do panierowania,
2) 1 kg mięsa, 5 dużych czerwonych cebul, 5 dużych ząbków czosnku, 1 łyżka soli, 1,5 łyżki pieprzu czarnego mielonego, 2 łyżki papryki słodkiej papryki, 2 łyżki papryki ostrej, 2 łyżki suszonej natki pietruszki, 2 łyżki oleju, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 50 ml wody mineralnej,
3) 0,5 kg mielonego mięsa woł-wieprz, 2 średnie cebule, jajko, bułka, natka pietruszki, papryka peperoni w proszku, sól, pieprz.

Ja, na wszelki wypadek, tak żeby nie usłyszeć: "mamo, co to to okropne zielone w tym mięsie?????", albo: "co to takie czerwone", albo tysiąca innych uwag, których nawet nie potrafię sobie wyobrazić, zrobiłam "prawie" cevapcici, czyli zwykłe kotlety mielone w niezwykłym anturażu. Dobrawiłam po swojemu mielone, nabiłam je na szaszłykowe patyczki, opanierowałam w pokruszonych drobno płatkach sniadaniowych (mamo, kiedy znów nam zrobisz te dobre chrupiące kotleciki???) i położyłam na racletowym grillu.

Obok nich spoczęły dumnie i uroczyście zamarynowane wczesniej piersi kurczaka. A że lubię je bardzo prosto i bardzo pachnąco, to za marynatrę posłużyły jedynie: duża ilość czosnku, sól i trochę oliwy.

Miałm też ugotowane wczoraj młode ziemniaczki, które wołały głośno z lodówki o nową gustowną grillową odzież w brązowo-czarne paseczki.

Do tego ogromna micha sałaty z pomidorem, papryka, cebulowymi krążkami, jedrnym szczypiorem i fetowymi kostkami (obok na talerzyku, bo oczywiscie nie wszyscy lubia). To wszystko skropione oliwą, sokiem z cytryny i posolone i popieprzone do smaku.

A że raclette nie można się nacieszyć tak od jednego razu, po dłuższym odpoczynku był deser. Też raclettowy off course!

Kiedyś aż mnie ścisnęło w dołku, jak obejrzałam jeden z odcinków programu Nigelli. I grilla i czekoladę ubóstiwam jednako. Nie mogłam sie więc oprzeć idei przeniesienia przepisu na grillowanego ananasa z sosem czekoladowym na grunt grilla inaczej.

1 dojrzały ananas,
Troche cukru demerara,
200 g gorzkiej czekolady,
125 ml malibu,
2 łyżki cukru pudru (zależy od tego jaka gorzka jest czekolada),
125 ml kremówki
bambusowe patyczki do szaszłyków,

Przygotować patyczki (w wersji grilowej wymoczyć je dobrze w wodzie - ok. 20 min.). Obrac ananasa, wykroić środek, pokroić go w "ósemki". Nadziać ananasa na szpadki. Obtoczyć go w cukrze demerara i położyć na grillu (lub raclette).

W miedzyczasie w ganku o grubym dnie rozpuścić czekoladę, cukier, malibu i śmietankę. Kiedy wszystkie składniki już sie dobrze połączą, przelać sos do małych miseczek (tylu, ilu jest jedzących).

Gdy cukier na ananasie się skarmelizuje, maczać owoc w sosie i delektować się.

Genialnie proste! Genialnie pyszne! O znośna lekkości bytu!