piątek, 24 czerwca 2011

Krew, pot i łzy

Czasami mam do siebie żal, że... mam do siebie żal... Niby nic, a jednak. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego wydaje mi się, że cały świat sprzysiągł się, żeby mi zrobić na złość. I to jeszcze jak! Towarzyszy mi przy tym pioruńskie poczucie winy, bo przecież wiem, że to nieprawda. Świadomość świadomości powoduje jeszcze większe poczucie winy i koło się zamyka... Spirala się nakręca i szuka tylko pretekstu, żeby szybko, łatwo i nieprzyjemnie powrócić do stanu rozkręconego. Najgorsze jest to, że takie dni przychodzą same, niczym niezapowiedziane i mocno znienacka. Nie dają szans na przygotowanie i zlapanie oddechu przed kłębiącym się wirem brunatnej i mętnej wody. Mocno mnie to wkurza, bo lubię być przygotowana i wolę się uśmiechać. A tu tylko warczenie i wyszczerzone kły. Nie jest łatwo przed, w trakcie też niefajnie. Najgorzej jest jednak po, gdy wydarte pierze już opadnie, emocje zelżeją a rozsądek sugeruje konieczność wyrażenia skruchy i wyartykułowania przeprosin. Tego nie lubię, oj jak nie lubię! :$

niedziela, 1 maja 2011

Kap. Cap.. Capkejk!



Zwariowałam! Oszalałam! Jest mi błogo błękitnie i różowo ;). Zrobiłałam pierwsze w życiu cupkejki i wiem, że już razem zostaniemy. Po pierwsze - niezwykle proste, po drugie - super smaczne, po trzecie - nieziemsko piękne! Czego chcieć więcej?


Przepisu? Będzie! Za chwilę, bo pochłonęła mnie rozpasana konsumpcja ;))







środa, 20 kwietnia 2011

K.E.K.S. STOP Love it!!!!

Rzeżucha rośnie i doprowadza mnie swoim zapachem do szewskiej pasji. Ale zaciskam zęby. Bo mi się keksa chce! Takiego prawdziwego, dobrego, domowego. Delikatnego w smaku, jedwabistego na podniebieniu i napakowanego do nieprzytomności moimi ulubionymi orzechami we wszelakich odmianach i teksturach, żurawiną moczoną w mocnym alkoholu, kandyzowanymi wiśniami i odrobiną rodzynek ;).

Mam dwa ulubione przepisy, autorstwa oczywiście niezawodnych dziewczyn z Mniama - Ani 'bajaderki' i Magdy 'Dirk'.


Pierwszy - keks mocno tradycyjny, po prostu pyszny, nie da się przejść koło niego obojętnie. Drugi - taki keks trochę inaczej - specjalnie dla dziadka Jurka, który innych słodkich owoców nie przyswaja a cukier każe zastępować fruktozą.


KEKS WYBORNY, a w zasadzie najlepszy z najlepszych ;)

To tak naprawdę nie ciasto z owocami, ale owoce z ciastem. Cudownym. Pachnącym, puchatym, nieprawdopodobnie smacznym.

Potrzeba:

1 kostki miękkiego masła,
1 szklanki cukru pudru,
5 dużych jajek (oddzielnie biała i żółtka),
1 łyżki proszku do pieczenia,
niepełnej szklanki przesianej mąki (225 g),
1 cukru waniliowego,
2 łyżek dobrego alkoholu (wódka, brandy, co kto lubi),
0,5 kg ulubionych bakalii (super są żurawiny moczone w brandy, rumie albo whisky, wtedy trzeba je namoczyć tak ze dwa dni wcześniej, a alkohol pozostały z moczenia dodać do ciasta w ilości podanej),

keksówki 13x34 cm


Keksówkę wysmarować masłem i wysypać mąką albo wyłożyć papierem do pieczenia. Rodzynki zalać gorącą wodą, orzechy uprażyć w piekarniku, pokroić wedle upodobania - grubiej lub cieniej.


Białka ubić na sztywną pianę. Masło utrzeć, dodać cukier puder i dalej ucierać na bardzo lekką i puszystą masę. Dodawać po jednym żółtku i delaj ucierać. Potem mąkę, proszek do pieczenia, cukier waniliowy, alkohol. Wymieszać z ubitymi wcześniej białkami, dodać bakalie.


Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Piec nawet do 45 minut, albo aż do momentu, kiedy drewniany patyczek włożony w ciasto będzie suchy.


Można próbować po wystudzeniu, ale pełnię smaku osiąga na drugi dzień po 'dojrzeniu' ;).


Drugi keks za chwilę, bo czuję że mi się coś przypala! Baranek mi się przypalił ;) Taki z ciasta, do postawienia na stół, z takiej formy. Nie szkodzi, upiekę drugiego ;).

Teraz drugi keks ;)



BOLO AMERICANO, czyli keks dla dziadka z jabłkami, orzechami i fruktozą.

Potrzeba:
300 g fruktozy,
300 g przesianęj mąki,
4 jajek,
4 jabłek (pokrojonych w kostkę),
200 ml oleju lub oliwy z oliwek,
150 g orzechów włoskich (posiekanych),
1 łyżki dobrego alkoholu (w oryginale - porto),
1 łyzki cynamonu,
ok. 1 łyżki soli,
ok. 16 g proszku do pieczenia,
łyżeczki sody (niekoniecznie).



keksówki 13x34 cm

Wsypać fruktozę do miski, dodawać po 1 jajku (całym) i ubijać. Kiedy skończa się jajka, dodać oliwę, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, solą i cynamonem oraz alkohol. Kiedy masa będzie już gładka wyłączyć mikser i dodać jabłka i orzechy i dokładnie ale delikatnie wymieszać.

Rozgrzać piekarnik do 180 stopni, wlac ciasto i piek ok. godziny albo do czasu, aż patyczek wbity w środek ciasta będzie suchy. Wyjąć, schłodzić, pałaszować. Niech nigogo nie zmyli duża ilość soli - ciasto dzięki niej zyskuje! Warto zaryzykować ;))

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

I przystąpiłam... nie bez przyjemności ;)


"Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie" - mówiła babcia Pawlakowa wyposażając jadącego na salę sądową syna w miłą parkę eleganckich granatów. Nie sposób nie przyznać jej racji... niech się wali i pali, święta zawsze będą ;).


Niby nie mam czasu, niby pracuję, a im mniej dni do TEGO śniadania, tym bardziej nie mogę się skupić na robocie. A to słońce zaświeci tak, że tylko siedzieć i marzyć o czymś dobrym i słonecznym, a to w ogrodzie obudzi się ropucha i zacznie leniwie przechadzać się po podjeździe, a to spod lasu wystartuje pierwszy najprawdziwszy tegoroczny bocianowy bocian.


Tulipany rosną jak dzikie, żółte pierwiosnki i żonkile dodają domowi tyle blasku, że... robić się chce! I nawet znienawidzony przeze mnie zapach rzeżuchy posianej w żółtej foremce do babeczek nie odrzuca, tylko napomina: weź się kobieto, bo z keksa będą nici ;)


No to się zastosowałam, dłużej już nie mogłam zwlekać. Tym bardziej, że przepis jest w rodzinie M. od dobrych parunastu lat i jest to tak zwany 'must' na Wielkanoc. Wyzwanie jest tym trudniejsze, że ideał to wytwór babcinych rąk, które pozostały już tylko wspomnieniem... zbliżenie się więc chocby odrobinę do tego ideału będzie mocnym wyróżnieniem.


Przystąpiłam więc do MAZURKA RODZYNKOWEGO:


5 żółtek,

20 dkg cukru pudru,

20 dkg masła roztopionego i wystudzonego,

20 dkg mąki tortowej przesianej,

1 łyżeczka proszku do pieczenia,

20 dkg rodzynków namoczonych i odciśniętych,

1 jajo rozkłócone do posmarowania wierzchu ciasta,


Żółtka ubiłam z cukrem. Kiedy były już gładkie i ubite prawie do białości, dolałam do nich roztopione masło i dobrze wymieszałam. Potem siuo do tego przesiana mąka z proszkiem do pieczenia i miksowałam aż było gładkie i bez grudek. na koniec - łyzką juz, nie mikserem - rodzynki.


To porcja na całą blachę, taką stadardową, która jest na wyposażeniu każdego piekarnika. Chodzi o to, żeby ciasto było cienkie, w pieczeniu odrobinę wyrośnie. Wyłożyć blachę papierem do pieczenia, albo natłuścić i wysypać mąką (nie lubię smarować, więc wykładam), rozsmarować ciasto na blasze, posmarować z wierzchu jajem i wstawić do pieca. Piec w 180 stopniach ok 25-35 minut, jeśli patyczek włożony w ciasto będzie wilgotny, dopiec.


To tradycyjna wersja, oczywiście jej się trzymałam za pierwszym razem. Za drugim poszalałam. Zmieniłam trochę skład ;)) Wzięłam tylko 'mniejszą połowę' rodzynek, moczyłam przez trz dni trochę żurawin w Johny Walkerze, posiekałam grubo sporo pistacji i prażonych orzechów laskowych. Ciekawa jestem jak zostanę oceniona, na gorąco było obłędne!!! Jakby co, to zwalę wszystko na tę cudownie radosną wiosnę, która zamieszała wszystkim w głowach ;D


P.S. Jutro keksy! Mam pozwolenie na używanie dowolnego przepisu, wybrałam dwa - na bank będa najlepsze na świecie ;)


niedziela, 6 marca 2011

The Cranberries


Razem ze słońcem za oknem obudziła mnie dziś przemożna chęć zjedzenia czegoś mocno energetycznego. Padło na kolor czerwony. Z małymi zastrzeżeniami ;) Stwierdziłam, że musi być niby słodkie, ale nie tak bardzo, niezwykle proste i takie, żebym mogła to zrobić nie lecąc znów na zakupy.

Przegląd szafek i lodówki teoretycznie wyszedł na moją niekorzyść: mocno niesłodki żółty ser, ze trzy słoiczki otwartych (dlaczego aż trzy, do cholery????) konfitur z żurawin, puszka groszku, puszka tuńczyka, trochę świeżych żurawin, bo znów odwiedziłam Piotra i Pawła i kupiłam, bo "a nóż coś zrobię", pieczony kurczak z wczoraj...

Z przeglądu wyszło mi, że na deser będzie kurczak z żurawiną i ... wtedy mnie olśniło! A wcale że nie! Będzie prosta, szybka i zawsze się udająca tarta!

Prawa autorskie do przepisu podstawowego należą do Irenki z mniama, ja tylko zmieniłam lekko technikę wykonania i wsad :). Tak więc - żeby się nie narobić a mieć cudowny deser albo po prostu jakiegoś pocieszacza na gorszy dzień, wystarczy wziąć:

Na Irenkową krajankę z kuruszonki:

3 szklanki mąki,
200 g masła (stopionego),
3/4 szklanki cukru,
1 łyżeczkę proszku do pieczenia,
1 jajko,
ok. 350 ml (albo więcej) dżemu mało słodkiego (albo w tym przypadku mieszanki żurawiny ze słoiczka, świeżych owoców żurawiny i odrobiny cukru),
tortownica ok. 24x24 cm albo inna o podobnym wymiarze.
Do miski wsypać mąkę, proszek do pieczenia i cukier. Dokładnie wymieszać. Dalej mieszając polewać miks stopionym masłem tak, aby powstała wilgotna masa (jak na kruszonkę). Po zużyciu całego masła wszystko musi mieć konsystencję mocno wilgotnego piasku z plaży - ulepiona w kulkę - musi się trzymać w całości, ale po mocniejszym dotknięciu - rozpadać na grudki.
Tortownicę można lekko natłuścić (ja uwielbiam tłuszcz w sprayu, bo - po pierwsze - nie lubię brudzić rąk, po drugie - dociera nawet do najdalszych zakątków foremek i tortownic o różnych kształtach) i wysypać mąką. Można też wyłożyć formę papierem do pieczenia, wtedy natłuszczanie nie jest konieczne. Po upieczeniu ciasto wyjmie się razem z papierem, a blacha będzie łatwiejsza do umycia.
Ciasto podzielić "na oko" na dwie części. Pierwszą - wysypać spód blachy tak, zeby nei było prześwitów. Lekko docisnąć grudki ciasta palcami do dna.
Konfitury żurawinowe, dżem i owoce wymieszać, wyłożyć wszystko na przygotowany spód ciasta. Na dżemy wysypać resztę ciasta robiąc z niego klasyczną kruszonkę.
Piekarnik rozgrzać do ok 180 stopni. Piec do zrumienienia, powinno to potrwać ok 25-30 minut (albo dłużej - w zależnosci od piekarnika).
Z tej porcji wychodzi cienki placek, żeby uzyskać ciasto grubsze, jak na zdjęciu, ży przygotować podwójną porcję.
Kolejne z serii murowanych "comfort food" gotowe! :)

sobota, 5 marca 2011

Są powody do mruczenia......


Są rzeczy, które Tygrysy lubią najbardziej. I nie ma tu znaczenia, czy tygrys jest duży i wyraźnie pręgowany, czy maleńki a pręgi na jego puszystym futerku są jeszcze niewyraźne i trochę zamazane. Tygrysy wiedzą, co lubią i szukają tego uparcie, aż znajdą.
Od zawsze niespełnionym ideałem, kulinarną Arkadią, Edenem i paroma jeszcze rzeczami symbolizującymi ideał ideałów było dla mnie ciasto drożowe.
Kojarzy mi się z bezpiecznym dzieciństwem, ciepłem domu, radością i uśmiechami przyjaznych sobie osób. To proste połączenie mleka, drożdży, masła i mąki to dla mnie tak zwane "comfort food", jak określają to Brytyjczycy. Nie ma lepszego określenia. W tych dwóch słowach zawiera się to wszystko, co wcześniej opisałam całym zdaniem i to jeszcze mocno się ograniczając, żeby wszystko było jasne i klarowne.
Żeby była jasność - drożdżowe z cukierni, to nie drożdżowe. Koło drożdżowego nawet nie stało. Wertowałam więc książki kucharskie w poszukiwaniu swojego ideału. Co raz to wydawało mi się, że już go znalazłam, ale po jakimś czasie okazywało sie, że to nie to. Na chwilę porzuciłam poszukiwania i robiłam na oko, żeby chociaż pachniało drożdżami. Tylko, ze to też nie to. I wreszcie, tuż przed ostatnimi świętami zupełnym przypadkiem... TRAFIŁAM!
Jest delikatne, miękkie, cudowne w smaku i pachnie mocno stwierdzeniem comfort food. A do tego... banalnie proste!
Drożdżowe Marylki
rozczyn:
3/4 szklanka mleka,
4 łyżki cukru,
10 dkg drożdży
4 łyżki mąki,
ciasto:
rozczyn,
2 szklanki cukru (najlepiej z wanilią),
jeśli nie ma cukru waniliowego, to podwójny cukier waniliowy,
8 żółtek,
4 jajka,
1 kg mąki tortowej,
1 kostka masła (stopiona),
ew. 1/2 szklanki mleka.
Mleko na rozczyn lekko podgrzać, dodać cukier, mąkę i drożdże. Wymieszać, postawić w cieple, żeby ruszyło.
W międzyczasie: do miski wsypać cukier, wbić całe jajka i żółtka i ubić na parze na puszystą jasnożółtą masę. Po ubiciu wlać do dużej miski, dodać rozczyn, wymieszać. Mąkę przesiać do mieszanki jajek i rozczynu. Wymieszać. Finalne ciasto powinno być dość luźne, ale nie powinno kleić się do rąk. Trzeba więc kontrolować jego stan - albo dodając mąki, albo mleka. Po wymieszaniu mąki, jajek i rozczynu - wlać do miski roztopione masło. Wyrabiać aż do uzyskania ładnego, gładkiego i lśniącego ciasta.
Włożyć do mnieszych lub większych foremek, albo utoczyć zgrabne bułeczki i zostawić do wyrośnięcia. Kiedy ciasto podwoi swoją objętość - włożyć do piekarnika nagrzanego do temperatury 100 stopni. Piec przez 10 minut, potem zwiekszyć temperaturę do 150 stopni i piec przez kolejne 35-45 minut (trzeba bacznie kontrolować, bo łatwo można przesuszyć, a wtedy... z comfort food zamienia się w ładnie pachnącą podeszwę ;) ) .
Jeść tak jak się lubi - na stojąco, na leżąco, na ciepło, albo lekko ciepło, popijając mlekiem albo kawą, z dżemem lub saute... jakkolwiek, byle tak, jak comfort food ;) Można nawet w środku nocy... wszystkie techniki dozwolone.
Teraz, kiedy tajemnica powrotu do spokojnego i pachnącego dzieciństwa została rozwikłana, nie boję się zawirowań, zawiei i zamieci, wahań na barometrze i innych kataklizmów. Sama bowiem świadomość, że w każdej chwili mogę znów usiąść z moją Babcią przy jej stole i po prostu cieszyć się chwilą, daje mi tak potężny zastrzyk pozytywnej energii, że nic mi nie straszne ;) Polecam! Co za cudowne uczucie!
P.S. A żeby mieć tak jak ja - takie cuda w postaci małych bułeczek na śniadanie - wystarczy wyrobić ciasto wieczorem, utoczyć bułeczki, położyć na blaszce, przykryć i wstawić na noc do wyrastania do lodówki. Potem wystarczy wyjąć, ogrzać do temperatury pokojowej przez jakieś 30 minut i piec jak w opisie. Bajeczne rozpoczęcie dnia!

poniedziałek, 21 lutego 2011

Podano! Czyli jak bardzo lubię przyjść na gotowe...


M. jest dziś pierwszy dzień w nowej pracy, ja powoli odstawiam najmłodszą młodzież od prywatnego źródła zdrowego nabiału i też staram się coraz więcej włączać we wspólne dorzucanie do domowej skarbonki.

Z tej okazji nam się dzis upiekło ;) I dosłownie i w przenośni...
Nie musimy dziś gotować, bo Wojtek robi moje ulubione canelloni z mięsem i szpinakiem w sosie pomidorowym. Pyszne, a co najważniejsze - proste. Mocno apetyczne połączenie wszystkiego, co lubię. Całość uwieńczona sporą ilością czosnku i żółtego sera.... MNIAM!że, do tego - zrobione w większej ilości - starcza na parę posiłków. I jeszcze da się świetnie mrozić!

Wojtkowe canelloni z mięsem, szpinakiem i czosnkiem w sosie pomidorowym.

0,5 kg dowolnego mięsa mielonego,
1 paczka mrożonego szpinaku,
1 opakowanie makaronu canelloni,
2 puszki krojonych pomidorów bez skórki,
2 ząbki czosnku (lub więcej, jeśli ktoś lubi),
pieprz, sól, olej

Najpierw Wojtek rozgrzewa patelnię, ż jest gorąca, wlewa na nią odrobinę (bo z mięsa powinien wytopić się tłuszcz) i smaży mielone. Kiedy mięso lekko się rumieni, dodaje do niego rozmrożony szpinak (można z powodzeniem dać mrożony, ale całość potrwa dłużej), pieprz, sól i czosnek do smaku i smaży, aż z tej mieszanki odparuje woda, której szpinak zawiera całe morze.

Kiedy już wody nie ma, odstawia całość do lekkiego przestygnięcia. W tym czasie wylewa do naczynia, w którym wszystko będzie sie zapiekało, pomidory z puszki. Soli, pieprzy, dodaje też jeszcze trochę zmiażdżonego czosnku i miesza.

Na głęboki talerz Wojtek wylewa teraz trochę oleju i zaczyna musztrować makaron jak dobrze wyszkolony batalion piechoty lądowej ;).
Bierze rurkę, macza ją w oleju - tak aby i na zewnątrz i w środku była naolejona, ustawia na talerzu i wkłada do środka sporo przygotowanego wcześniej farszu. Nawet lekko ugniata go wewnątrz kluchy.

I tak jedna po drugiej, raz za razem - faszeruje i układa gotową rurę na czerwonych pomidorach.
Potem już tylko polewa całość resztką pomidorów z puszki, posypuje całość baaaaaardzo obficie żółtym serem i wkłada do piekarnika rozgrzanego do ok 180 stopni na co najmniej 35 minut.
A potem już tylko odgania nas od piekarnika, bo chcielibyśmy zjeść wszystko, zanim się zrumieni na dobre ;)
Piecze całość aż na górze pojawi się apetyczna miejscami brązowa skorupka ze zrumienionego sera.


Potem wystawia blachę na stół i dzieli jak za starych dobrych czasów, kiedy nikt nie słyszał o ramekinach, kokilkach i mikro porcjach na osobę.

A my? Jemy, aż sie uszy trzęsą. I... bez żadnych skrupułów, bezwstydnie zapowiadamy się na jutro ;).




piątek, 18 lutego 2011

Co kraj, to obyczaj... czyli o scones


Imponują mi zadbane, uśmiechnięte, cudownie zorganizowane kobiety, które kiedy tylko mogą, rozpieszczają swoich domowników a to świeżymi bułeczkami, a to muffinkiem na kolację, a to czymś "nie-ze-sklepu" na śniadanie.

Imponują mi do tego stopnia, że od czasu do czasu mam zryw. Zryw chęci, sił witalnych i potrzeby stania się taką uśmiechniętą i promieniejącą o poranku matką i nie-żoną, która z błyskiem w oku i luzem w umanicurowanym paznokciu robi naleśniki, pancakes, muffiny i inne tajemniczo, acz smakowicie brzmiące małe śniadaniowe danka.
Zauważam jednak jedną prawidłowość - im częściej mam zryw, tym więcej mi się chce. Nie tylko o poranku. W 0góle mi się chce. Mam wrażenie, że jak zacznę się uśmiechać rano (bo inaczej nie można przecież smażyć tych słodko pachnących pankejków albo piec roztaczających cudowną woń bułeczek), to ten uśmiech jakoś tak samoczynnie zostaje. I czasami nawet udaje mi się go dotrzymać nawet do wieczora! Czasami gubię go w południe, czasami jeszcze wcześniej, ale zauważam, że coraz częściej udaje mi się jednak dotrawać ;).

Staram się więc dawać sobie pretekst do tych całodziennych uśmiechów. Pankejki weszły już na stałe do naszych porannych weekendowych menu. Postanowiłam więc tym razem coś zmienić. A ponieważ kupiłam ksiażkę zawsze uśmiechniętego Billa Grangera - Bill's Basics, musiałam coś z niej upiec ;).

Ngdy nie próbowałam sconsów. Od kiedy pamiętam - zawsze miałam ochotę je zrobić, nigdy nie miałam czasu (jak sądziłam). Wczoraj rano, uzbrojona w entuzjazm, książkę i uśmiech zabrałam się do roboty.

Scones (wersja Billa Grangera z moją małą modyfikacją)

3 łyżki miałkiego cukru albo cukru pudru,
450 gramów mąki,
2 łyżeczki proszku do pieczenia,
1 łyżeczka sody oczyszczonej,
200 ml słodkiej śmietanki,
125 ml wody gazowanej,
2 łyżki soku z cytryny,
odrobina mleka do posmarowania bułeczek,

podawać z:

dżemem truskawkowym
lub
gęstą kwaśną śmietaną albo bitą śmietaną

Rozgrzać piekarnik do 200 stopni, wyłożyć blachę papierem do pieczenia, oprószyć mąką.
Przesiać cukier, mąkę, proszek do pieczenia i sodę do miski. W drugiej misce wymieszać śmietankę, wodę, sok z cytryny. Dodać do drugiej miski z suchymi składnikami i wymieszać wszystko nożem. Wyrzucić na omączony blat, wygniatać do czasu aż całość stanie się gładka. Rozwałkować na placek o grubości ok. 2-3 centymetrów. Wykrawać ok 5 cm. szklanką lub karbowaną wykrawaczką koliste ciacha. Ścinki zagnieść na nowo i wykrawać do wykończenia ciasta.


Układać dość ciasno na blasze. Posmarować mlekiem i piec ok. 20 minut ż zrobią się puchate i bardzo ładnie zrumienione (mi pieczenie zajęło ok. pół godziny.
Podawać jeszcze lekko ciepłe z dżemem, śmietanką lub czymkolwiek ulubionym do tego typu pieczywa ;)

Wychowana na puchatych pszennych bułeczkach, trochę zasmuciłam sie finalną lekko wilgotną konsystencją sconsów. Po bliższym jednak zapoznaniu się z nimi, doszłam do wniosku, że mi pasują. Takie świeże, pachnące, ciepłe i lekko słodkie z dużą łyżką waniliowego serka homo, były uroczym potwierdzeniem tego, że uśmiechać od rana się warto ;-)
































































































































Choroba sercowa


Trochę to już trwa.. Niedługo, ale według lekarzy - wygląda na to, że na dłużej... Najciekawsze jest to, że wcale nie chcę się leczyć :)

Dowodem na siłę choroby jest fakt, że coraz częściej gotuję :)

Dziś była zupa sercowa ;)

Kiedyś gdzieś zamówiłam krem z buraków. I do teraz go pamiętam :) Nigdy wcześniej nie jadłam buraczków w tej postaci! A szkoda. Bo zachwycająca jest konsystemcja tej zupy w takiej postaci i jej kontrast z wyrazistością "wkładu" albo może dressingu, jaki się do niej podaje.

2 kg buraczków,
1 pęczek włoszczyzny,
mięso na wywar lub kostka rosołowa
1-2 łyżeczki chrzan,
1 łyżka serka Almette naturalnego,
1-2 łyżki gęstej śmietany
sól, pieprz

Ugotować wywar z mięsa i włoszczyzny, osobno ugotować nieobrane buraczki. Wywar doprawić do smaku, buraczki obrać, przekroić na parę kawałków. Całość zmiksować na krem.

W prostszej wersji - buraczki z włoszczyzną ugotować w wodzie z kostką rosołową (wiem, że to nie tak, ale od kiedy jestem matką trojga, zaczęłam mocniej szanowac każda chwilę), wyjąć włoszczyznę, zmiksować, doprawić.

Wymieszać serek z chrzanem i śmietaną. Całość ma mieć wyrazisty smak i konsystencję gęstszej śmietany. Zupę nalać do talerzy, gęstym kremem śmietanowym rysować wybrane wzorki.
Zjeść i chorować dalej :D

czwartek, 10 lutego 2011

Bieg przez płotki.


Bycie "pojedynczą" matką wydawało się absorbujące. Jak zrobiło się +1, to z niedowierzaniem stwierdziłam, że z jednym to była bułka z masłem. Ostatnio do tego 1+1 dodałam jeszcze 1 ;). No i muszę głośno stwierdzić - czapki z głów! że matki trojga, czworga, pięciorga i dalszych 'orga' muszą się mocno napracować, żeby ogarnąć cały ten bałagan..... chociaż ostatnio gdzieś czytałam rozmowę z matką ósemki, która stwierdziła, że najciężej było chyba do piątego, potem "samo się" robiło ;)


Może i samo, ale i tak to "samo", to niezły bieg przez płotki ;-). Z dzieciństwa pamiętam rozkoszne krzyki komentatorów sportowych po którymś z rzędu nieudanym występie Polaków na olimpiadzie, że "liczy się, proszę Państwa, nie wynik, tylko udział". Ale... jakoś to tak... no nie tak.


Widział ktoś na TLC program Kate Plus 8? Natknęłam się ostatnio i.... wyszło mi z tego, że jednak nie udział, a wynik :). No bo z niedowierzaniem widzę, jak matka ośmiorga, nie korzystając, jak twierdzi, z pomocy opiekunek, daje ze wszystkim radę i jeszcze wygląda... no, dobrze wygląda ;).

No to postanowiłam zrobić bieg przez płotki. I mieć i udział i wynik :D. Doszłam do wniosku, że grunt to chęć pomysł i dobry kuchenny gadżet.


A zatem. Presenting: Szybki bieg przez płotki z wynikiem :D

Trochę kuskusu,
Trochę rosołu lub gorąca woda i kostka rosołowa,
Trochę kukurydzy albo groszku, albo co kto lubi z mrożonki lub puszki
Coś zielonego (tu rukola), ale możze być też sałata lodowa albo jakiekolwiek inne świeże chrupiące warzywo (np. starkowana na cienkich oczkach marchewka)



Jeśli ktoś potrzebuje tak zwanego wkładu, to pasuje do tego wszystko: mięso z rosołu, kotlecik z niedzielnego obiadu, kotlet sojowy, resztka gulaszu...


I do roboty!

Wsypać kuskus do miski, zalać gorącym rosołem lub goraca wodą z rozpuszczoną w niej kostką rosołową jakieś pół centymetra ponad poziom kaszy. Zamieszać, przykryć do napęcznienia. Po krótkiej chwili wystarczy wymieszać kuskus z warzywem puszkowym. Ułożyć ciasno mieszankę w pierścieniu do dekorowania, ubić, zdjąć pierścień. Na wierzchu ułożyć piramidkę z zieleniny lub innego kolorowego warzywa. Obok położyć mięso lub jeśli mięsa sie nei jada - np. sos jogurtowy miętowy, czosnkowy lub jakikolwiek inny ulubiony. Niektórzy (buziaki M. ;) ) zjadają tę potrawę z majonezem. Można i tak ;)

I kolejny płotek zaliczony. Coraz bliżej ideału amerykańskiej Kate, na szczęśćie pociech zdecydowanie mniej :D


















środa, 9 lutego 2011

Otwórz drzwi...


Masz 38 lat. Kiedy doliczę do trzech, będziesz miała o 10 mniej. Raz, dwa, trzy. Masz 28 lat. Idziesz korytarzem. Po obydwu stronach korytarza widzisz drzwi. Po prawej - są drzwi z dobrymi wspomnieniam i nastrojami. Po lewej - ze złymi. Otwierasz drzwi po lewej.

Przechodzisz dalej. Masz teraz 18 lat. Znów otwierasz drzwi po lewej.

Kolejny krok i dochodzisz do końca korytarza i ostatnich drzwi. Masz teraz 8 lat. Znów otwierasz drzwi. Z otwartych przed chwilą pomieszczeń wypuszczasz wszystkie złe, niedobre, bolesne emocje, przeżycia i myśli, które były za tymi drzwiami.

Odwracasz się i widzisz przed sobą korytarz, który właśnie przeszłaś. Teraz po prawej masz rząd otwartych drzwi, po lewej - zamkniętych. Puste już pomieszczenia napełniasz radością i jasnością, która towarzyszy ci jako ośmiolatce. Wszystko, co włożyłaś do tych pomieszczeń, to w nich zostaje.

Zaczynasz wracać i zamykasz po kolei drzwi. Raz - masz 18 lat. Dwa - jesteś 28 latką. Trzy - wróciłaś. Wszystko, co zostało zamknięte za drzwiami, odtąd będzie ci towarzyszyć. Zaczniesz odnajdywać szczęście i radość, które towarzyszyły ci w dzieciństwie. Wyrzucisz z siebie strach, zaczniesz żyć.

Naprawdę ciekawe doznanie. Kiedy otworzyłam ostatnią parę drzwi i wypuściłam to, co było za nimi, nagle poczułam, że prawa strona mojego ciała stała się bardzo ciężka i mam wrażenie, że waży dużo więcej, niż lewa. Podejrzewam, że gdybym nie leżała wygodnie na łóżku, to z powodu przytłaczającego ciężaru jednej strony mojego ciała, po prostu spadłabym na ziemię.

A gdy byłam na końcu korytarza i miałam na powrót osiem lat, zobaczyłam to, co tam było. Był środek lata. Było cudownie słonecznie i ciepło (ale nei upalnie). Stałam w ogrodzie mojej babci i czułam rozpierające mnie szczęście. Takie po prostu - szczęście płynące z bycia tu i teraz, ze świadomości cudu trwającej chwili, z radości, że można być po prostu szczęśliwyi i nie trzeba bać się powiedzieć tego głośno, bo ktoś to zabierze...

To nie jest tak, że po każdym takim "zaklinaniu" wstaję i już jestem inną osobą. Nie. To zaklinanie, to raczej początek procesu, który zostaje nim uruchomiony. Czasami jego wpływ czuję wyraźnie, innym razem - wszystko przebiega delikatniej i bardzo dyskretnie. Ale trwa! Niekiedy pewne rzeczy po prostu "się stają", innym razem gdy jadę samochodem albo wracam ze sklepu z siatami czuję wyraźnie, jak odblokowują się zamknięte dawno klapki w mojej głowie i wracają jasne i rozsądne myśli, które już kiedyś się pojawiły, a potem zostały wciśnięte za najciaśniejsze zwoje mózgu i nie potrafią się stamtąd wydobyć. To bardzo trudne do opisania. To tak, jakbym kiedyś, dawno temu była kimś, z kim mi było dobrze, a przez lata ten ktoś nie dość że sie zmienił, to jeszcze nie potrafi nawiązać ze mną kontaktu. Inaczej - ja nie potrafię, bo po prostu zapomniałam, jaki jest fajny i sympatyczny. Na szczęście - ten ktoś wciąż jest, tylko zamknięty. Może za tymi drzwiami? Na szczęście wczoraj je otworzyłam i wypuściłam wszystko co tam było. Poczułam wyraźną ulgę. Czułam, że od dłuższego czasu tego właśnie potrzebowałam. Dziś czuję, że dorastam. Mam w końcu do pokonania aż trzydzieści lat...


Bardzo ciekawe doświadczenie. Polecam.


Zaraz coś ugotuję ;)



wtorek, 8 lutego 2011

Aaaaaa! Zabierzcie ten wiatr!


Życie nad morzem powinno uczyć. Wytrwałości przede wszystkim. Bo jak nie wieje, to leje. Lato jest umiarkowanie letnie a zima paciajowata i mokra. Wiem, wiem, wszystko wiem, w zasadzie do dziś mi to nie przeszkadzało. Jak widać jednak, na każdego kiedyś przyjdzie jego czas... Ten wiatr mnie dziś dobił. Oczywista oczywistość, że dzięki temu śnieg stopnieje, zrobi się ładniej, a to obrzydliwe błoto zniknie z moich butów, wycieraczek, podłóg, klatek i gdziebądź jeszcze zalega. Ale to do mnie nie mówi.
Jak pracowałam w radio, to na co dzień współpracowałam z policjantami, strażakami i lekarzami. Zawsze jak zaczynało wiać, to mówili, że "się zacznie". Na początku nie wiedziałam o co im chodzi, potem przekonałam się na własnej skórze ;). Jak zaczyna wiać, to w narodzie pojawiają się... zawirowania psychiczne... mówiąc delikatnie ;). Dziś już zresztą miałam przykład takiej sytuacji, postanowiłam więc odczarować dzień.
Na FB lubiacze piszą mi, że piekli muffiny. Poszłam za tym tropem. A że dziewczynki chore i mus jest siedzieć w domu, zrobiłam szybki przegląd lodówki. I nie powiem - jestem dumna, że od czasu do czasu robię tak nierozsądnie niepoukładane zakupy ;)
Muffiny wytrawne (dziś u mnie z cheddarem, szynką i ziołami).
Zasada jest prosta - trzeba mieć bazę i do niej dodawać to, co się lubi lub po prostu ma w lodówce ;). Baza jest niezmienną podstawą, smak nadają dodatki.
Baza:
3,5 szklanki mąki,
1/5 kostki masła
szklanka maślanki albo mleka, albo mleka z jogurtem naturalnym, generalnie cokolwiek białego ;-)
1-2 jaja (w zależnosci od wielkości)
3/4 łyżeczki soli,
trochę pieprzu.
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia,
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej,
Mąkę, sól, proszek do pieczenia, sodę, pieprz wymieszać w jednej misce. Masło rozpuścić, w drugiej misce wymieszać z mlekiem i roztrzepanymi jajami.
Smak:
Co kto lubi, lub znajdzie w lodówce. Dziś u mnie była taka kombinacja:
trochę startego cheddara,
trochę pokrojonego w kostkę innego żółtego sera,
trochę pokrojonej drobno szynki babuni,
trochę pokrojonej drobno szynki szwarcwaldzkiej,
trochę pokrojonych listków bazylii,
trochę ziół prowansalskich.
Składniki SMAKU wymieszać z suchą częścią BAZY. Dolać mokre składniki i wymieszać z grubsza tylko tak, żeby się wszystko połączyło. Wkładać mieszankę raczej kopiasto do blachy muffinowej wyłożonej papilotkami (niektórzy nie lubią,akiś a ja nie lubię smarować blach). I piec przez ok 25 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
A jak jakiś wietrzny prowokator zadzwoni albo napisze, to... muffinem go ;D

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Bardzo. Baaaardzo różowa :D


Ostatnio przy podwieczorku dywagowaliśmy nad wyższością Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy. I co? Doszliśmy do wniosków tych, co zawsze. A mianowicie, że dziewczynki różowe są i basta ;D. A kiedy im przejdzie - nie wiadomo ;D. Potwierdzeniem tej teorii jest chociażby moja młodsza córka, kóra mimo deklarowanej miłości do błękitu, uparcie wybiera błękit we wszystkich odcieniach... różu ;D.


Tyle tu tych uśmiechów, bo po prostu nie mogę się im oprzeć. Rok temu na urodziny Jubilatka zażyczyła sobie... różowe serducho, w tym - oczywiście utrzymaną w odpowiedniej tonacji - Barbie :D.



A matka, jak to matka - wzięła się do roboty i zrobiła... nie bez przyjemności, powiem cicho :D. Nie było ciężko - obcowanie z różowym lukrem plastycznym to sama przyjemność, trochę strachu było tylko przy próbie utrzymania gładkiej, niczym niezmąconej powierzchni boków pierwszego ciacha. Rok później, pomna drżenia rąk przy nakładaniu równej warsty lukru, wpadłam na pomysł, żeby Barbie nie miała idealnie wyprasowanej sukni, a tak modną ostatnio wśród gwiazd kreację a la łabędź, czyli falbanki tam gdzie ich chcą i gdzie nie :D. Ta druga metoda, jak się potem okazało - jest zdecydowanie bardziej spektakularna i nie przyprawia wykonawczyni ciacha o omdlenia :D.
Zresztą jak widać na zdjęciu - nieskromnie trochę powiem, że efekt nawet dla mnie naprawdę zdumiewający przy wiadomym mi minimalnym nakładzie pracy i środków. Bo wnętrze, to zwykły biszkopt z musem czekoladowym (białym i czarnym). Biszkopt, a w zasadzie dwa - jeden - ten u podstawy upieczony w kwadratowej tortownicy, drugi - postawiony na nim - w najzwyklejszej formie do babki. Wszystko upieczone dwa dni przed "godziną zero", następnego dnia przełożone kremem, przycięte na mniej więcej kształt dołu sukni i włożone do lodówki na noc, żeby "chwyciło" pion.


Potem już sama przyjemność - czyli cztery trapezowate kawałki dość grubo rozwałkowanego lukru układane w kolejności - przód, tył, boki (wszystkie krawędzie mocno powyginane, czyli falbankowane), z tyłu z racji tego, że coś mi się słabo położyło czy przerwało - dodatkowa kokarda z kawałków różu ;D. Wykończenie - opłatkowe kwiatuszki, cukrowe perełki i duuuuużo różowego groszku pachnącego :D. I w zasadzie już... Potem już tylko przyszło czekać mi na oficjalną prezentację Jubilatce i niepewność, czy i tym razem się uda i powie mi "TAK"! Miałam szczęście - powiedziała ;D. Muszę przyznać, że zrobienie tego ciacha zrelaksowało mnie i odprężyło równie mocno jak obejrzenie dobrej komedii czy spędzenie chwili u kosmetyczki. Może to z powodu tego, że... nie tak do końca wyrosłam ze swojej różowości serca? I dalej, tylko bardziej skrycie wielbię ten kolor i wszystkie jego aspekty? Zresztą nie ja jedna.
Obserwuję tak czasem z ukradka inne dziewczyny i dochodzę do wniosku, że ten róż to jednak bardziej stan umysłu i serca, niż ulubienie dla określonej barwy. Jak kochamy, to na zabój, jak się rozstajemy to z płaczem i przekonaniem, że wina leży po naszej stronie a w tej drugiej osobie z własnych przyczyn, nie odkryłyśmy okruchów dobra. Jak się męczymy to na całego, jak dźwigamy ciężary, to od razu wszystkie - pozbierane z całego świata. Uczę się nie być różowa, ale jak tu nie być, skoro co roku trafia się albo serce, albo Barbie, albo... przepraszam na chwilę - telefon...
.....i co? Dzwoniła Justyna. Za trzy tygodnie mam zabrać dziewczynki, foremki, lukier i kwiatki. Będziemy robiły nową Barbie :D.

sobota, 21 sierpnia 2010

All summer long...

Zwykle o tej porze roku w naszym klimacie czułam już w powietrzu pierwsze nieśmiałe, albo inaczej - coraz śmielej wysyłane w moim kierunku oddechy jesieni. A to chłodne i coraz bardziej przejmujące poranki, a to nieprzyjemne wieczory, a to dziwny, "mglisty" smutek wiszący w powietrzu. Niby niewyczuwalny, ale ściskający momentami za serce z bliżej nieokreślonego powodu... Tym razem... jakby nie ma... Nieprawdopodobne! Mam wrażenie, że lato tego roku jest w jakimś stopniu magiczne. Boskie, gorące, nieprzyzwoicie wręcz pozytywnie rozgrzewające, jakby niosące ze sobą nieznaną mi niezwykłą obietnicę i nadzieję.

Zwykle o tej porze, dzień po dniu przystawałam na coraz dłuższe chwile i po prostu wzdychałam... Teraz, o dziwo, nie wzdycham! Ciekawe, czy jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę? A może to nie to lato, tylko gra, w którą - uświadomiłam sobie - gram od niedawna, a która daje mi potężnego kopa?


W tym roku pojechałam do "mojej" Hiszpanii, za którą bardzo tęskniłam. Pojechałm po dwie rzeczy - żeby przekonać się, że młodzieńcze wspomnienia bywają bardzo złudne i żeby uświadomić sobie, że nazwa tego bloga, wymyślona lata temu - przypadkiem, zdawałoby się, jest... magiczną terapią dla mojej duszy. No bo... (wiem, nie zaczyna się od "no bo", ale pal licho)... no bo czuję, że odnajdywane na każdym kroku okruchy niebieskości powodują, że unoszę się nad ziemią.

Najciężej było to sobie uświadomić, potem terapia zalecona przez mojego wewnętrznego doktora działała już bezbłędnie. I działa, jak czuję. Ta dobra błękitna energia krąży we mnie do dziś i jakoś tak jakby pozwala utrzymać się na powierzchni.

A co do rozczarowań młodości - to tak jak ze wspomnieniami z dzieciństwa - z tego, co pamiętam, dom mojej cioci był lata temu cudownym pałacem, a mimo że w zasadzie nie zmienił się do dziś, teraz okazał się kurną chatą, na wakacje do Pcimia jechałam autostradą, dziś ze zdziwieniem odkryłam, że od zawsze prowadzia tam wyboista wąska asfaltowa nitka. I tak z wieloma rzeczami. Costa Brava, która mnie przed nastu laty tak bardzo zachwyciła, okazała się obrzydliwie pstrokatą betonową dyskoteką, na której - mimo zapewnień kolorowych przewodników turystycznych - prawdziwej Hiszpanii (czy może Katalonii) nie uświadczysz... Na szczęście mieliśmy samochód, internet i chęć poszukiwań. Trochę uroku sprzed lat na szczęście odnaleźliśmy, obawiam sie jednak, że nie tyle, by zachęcić M. do szybkiego powrotu do tego kraju...

Okazuje się też jednak, że mieliśmy chyba więcej szczęścia, niż rozumu, rezerwując hotele z dala od najczęściej wynienianych w przewodnikach nazw miejscowości. Dzięki temu moja gra w błękitne rozwijała się bez przeszkód, a brzydotę betonowej pustyni w bajecznym kawałku świata obserwowaliśmy tylko zza szyby samochodu.

Ten artysta z lewej, to mieszkaniec ZOO w Balcelonie. Wyjątkowo zdolny i lubiący pochwały i nagrody ssak. Chyba niebieskie też na niego tak dobrze działa :-)



To jego koleżanka z basenu obok. Jak widać - wszystko radosne i mocno... błękitna :-) I jak tu nie uwierzyć, że pewne rzeczy nie dzieją się bez przyczyny? Anyway, bo odbiegłam od tematu - warto pamiętać. Ale jak się właśnie przekonałam, tak lekko "przez palce". I wtedy dawno odrzuceni znajomi nie okażą się takimi okropnymi znielubionymi potworami, zwiedzone miejsca odwiedzone po raz kolejny tak bardzo nie rozczarują, a końcówka lata z domieszką oddychającej coraz głębiej jesieni nie będzie aż tak bolała...
I, niezależnie jak bardzo naiwnie to zabrzmi, będzie po prostu, prozaicznie, All summer long ;-)

poniedziałek, 12 lipca 2010

I poszłam ścieżką mniej uczęszczaną

Mieszkanie na najpiękniejszej ulicy własnego miasta zobowiązuje. Teoretycznie do tego, żeby wciąż narzekać – na gwar, wszędobylskich turystów, brak miejsc postojowych i przepełnione śmierdzące śmietniki. Myślałam, ze po latach na peryferiach, centrum mnie zabije. A tymczasem – coraz bardziej lubię to miejsce. Przeprowadziłam się tu, bo tak chciałam. Chciałam zmienić ścieżkę, którą idę na tę mniej uczęszczaną... I zrobiłam to. Chociaż... nie jest... i nie było łatwo. Ale po miesiącach wytrwałego pięcia się po piaszczystej i kamienistej wąskiej dróżce, coraz częściej napotykam na swojej drodze odcinki prostsze w podejściu, omszałe i zacienione, które dają trochę oddechu i przyjemności ze zwykłego tam przebywania.

Dlatego napisałam, że lubie to miejsce.

Oczywiście – stopień lubienia lub nielubienia zależy wybitnie od nastroju, w jakim się obudzę, albo w jaki wpędzę się swoimi często mocno pokrętnymi myślami, jednak… na szczęście ostatnio coraz więcej jest dni, w których i pobudka i wpędzanie się idą w parze i pozwalają lubić świat, innych i przede wszystkim samą siebie :-).

Wtedy każda najmniejsza i najbłahsza nawet czynność wprowadza w radosny nastrój i daje siłę do zrobienia kolejnego małego kroczku. A potem jeszcze i jeszcze. To jest zatem ten pierwszy krok. Potem będzie następny. I kolejny :-)




czwartek, 17 czerwca 2010

... to otwiera okno...

Wypowiedzenie prawdy nie czyni jej bardziej prawdą, prawdą bowiem staje się zdanie wypowiedziane przez kogokolwiek, byle szybciej i do szerszej publiczności. Dotarło to do mnie dziś z całą mocą.
Czasami Człowiek patrzy w lustro i zastanawia się, dlaczego w czynach jest tak słaba? I zaraz odpowiada sobie na to dziecinne pytanie - bo naiwnie sądzi, że postępując zawsze uczciwie zostanie wybroniony przez czyny, nie przez puste słowa...
Lidqa z mniama (dzięki Lidqa, bo ja z wierszami jestem an bakier) znalazła wczoraj wiersz, który teoretycznie jest piękny i prawdziwy. Tylko ze jeśli czyta się go przy tak zwanym gorszym dniu, to jakoś nie daje siły i spokoju. Nie daje pewności... powoduje tylko, że łzy same cisną się do oczu
Kiedy mówisz
Jan Twardowski
Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz
Jest jeszcze jedno natrętne pytanie. Proste. Jedno.
Ile jeszcze trzeba przymierzyć par okularów, żeby dostrzec to okno? Czy to, ze nie widać wydymanej przez wiatr firanki, nie czuć na twarzy ożywczego podmuchu powietrza, nie widać puchatych nasion dziurawca krążących w rozgrzanym powietrzu, moze dać nadzieję? A jak jest Nic? Jak nawet okien nie widać? Jakby Człowiek stał w ogromnym cylindrycznym pojemniku o gładkich białych ścianach, który teoretycznie jest bezpieczny, ale równoczesnie jest też bez wyjścia...
Lidqa, masz jeszcze jakiś wiersz?

czwartek, 30 lipca 2009

Do siego Roku!

Jakiś rodzaj słownika! Potrzebuję! Od zaraz! Cokolwiek, co pozwoli mi się porozumieć! Translator? Słownik podręczny? Przewodnik pisany Brailem????? COKOLWIEK! Bo czasami mam wrażenie, że nie potrafię! Nie umiem. Nie wiem jak... Za każdym razem, kiedy już mi się wydaje, że znajduję klucz, że odnajduję scieżkę, że dochodzę do sedna... ginę! Polec na polu bitwy, to sie chyba tak nazywa? Poległa na polu chwały.... :-) Niby poległa, i co z tego, skoro moja ofiarność na niewiele się zda i nie przybliży wcale zastępów innych kobiet do rozwiązania tej kosmicznej zagadki...



A niby to wydaje się bardzo proste. Ona i on. Te cudowne dłonie, te piękne oczy, ta nić porozumienia, nie zadzieżgnięta z nikim innym... Długie wieczory i cudowne poranki. Spacery, przejażdżki, zakupy, ploteczki, kaweczki i wszystko, co tak pięknie (na początku) można zdrobnić :-)



A potem się okazuje, że jednak wszystko o kant stołu. Nie wiem, czy to zależy od ciśnienia, wilgotności powietrza czy może procentowej zawartości cukru w cukrze, no nie wiem. Jednego jestem pewna - gdy wartość graniczna któregoś z nieznanych mi czynników zostanie przekroczona, to nie idzie i już! No bo jak? Jak ma sobie dać radę Mars z Wenus? Jak Twix ze Snickersem? Jak trampek ze szpilkami (niezaleznie od tego, która strona jakie obuwie preferuje)... Jak - bez słownika?


Czasami mam wrażenie, że dwa pociągi wyruszające ze stacji A i B w swoich kierunkach, jadące zgodnie z rokładem jazdy, zdążające do jednego węzła kolejowego, nie mają prawa się spotkać. No bo jak, skoro Mars mówi 'kocham', Wenus słyszy 'idź kupić ziemniaki'. Twix: 'jest dobrze, Snickers: trzeba umyć auto, trampek: 'przepraszam', szpilki: 'pójdę już'... I idą z tej cholernej stacji A. Tylko, że niekoniecznie trafią tam, gdzie logika nakazuje, bo stacja A okazuje się... nawet trudno mi wymyśleć czym się okazuje ;-)


Jedno jest pewne, możliwość stworzenia algorytmu lub rachunku prawdopodobieństwa tego, że kobieta z mężczyzną sie zrozumieją jest, jak dla mnie... bliska zeru :-) Odkrywcze? Pusty śmiech. Zero w tym odkrywczości, raczej plagiat. No ale jak się głośno wypowie to stwierdzenie, to jakby się odczarowywało - świat przestaje być niesprawiedliwy i obojętny, słońce czasami wychodzi zza chmur, a jedną kobietę może zrozumieć tylko... inna kobieta, choć też nie zawsze :-)
Podsumowując - są takie dni, że choćby się waliło i paliło, to się po prostu nie da. Pocieszający jednak jest też fakt, że są i takie dni, że się udaje i uśmiech gości na wszystkich twarzach.
No i właśnie dlatego tak bardzo lubimy te dwa najpiękniejsze dni w roku. Niech żyje Sylwester i Nowy Rok!
:-)

środa, 1 lipca 2009

Jeleń na rykowisku

Każdy kiedyś znajdzie się na zakręcie. Inaczej - każdy dotrze kiedyś do rozwidlenia dróg. I zada sobie pytanie: iść tam, gdzie wszyscy, bo prościej, wygodniej, szerzej i z większą ilością sklepów i stacji benzynowych, czy tam gdzie podpowiada przeczucie - ścieżką mniej wydeptaną i zarośniętą miękkim mchem i wysoką trawą, z siedzącymi na poboczu śpiewającymi żabami i kiczowatym jeleniem na rykowisku?

Każdy dojdzie kiedyś do rozwidlenia i... albo go nie zauważy, albo nie będzie miał odwagi żeby pójść tam, gdzie powinien. Bo? Tak mu wygodniej, albo po prostu mniej strasznie. Czasami jak już dotrze, to się bardzo waha i albo rezygnuje i pędzi na stację po red bulla i solone orzeszki, albo...wreszcie wykonuje pierwszy krok w stronę wysokiej trawy.
Jeśli jest lato i lubi chodzić bez butów, to... miękki wilgotny mech i muskająca stopy świeża trawa zrobią swoje. Są jak naroktyk i nie pozwolą przestać. Uczucie świeżości i miękkości jest tak porażająco cudowne, że ściśnięte dotychczas w butach stopy, zaczyną oddychać i krzyczeć żeby nie przestawać.
Jeśli jest zima, albo jeśli nie lubi się zdejmować butów... czasami pomaga przeczekanie do lata, czasami... nie pomaga nic. Ale ta druga opcja nie jest przedmiotem rozważań. Nawet teoretycznych.
Zbyt długo chodziłam w butach. Zdarzyła się na szczęście jedna dość zaskakująca rzecz, która sprawiła, że MUSIAŁAM je zdjąć.
Oczywiście nie od razu zdałam sobie sprawę z tego, że stoję na miękkim, wilgotnym i chłodnym mchu. Ale gdy się to już stało... kiedy dotarło do mnie, ile przez tyle lat traciłam, na ile rzeczy się spóźniłam, ILE JESZCZE teraz PRZEDE MNA.... wiedziałam że nie ma odwrotu.
Najcekawsze, że potrzebę, konieczność wręcz podążenia mniej uczęszczaną ścieżką miałam od długiego już czasu. Świadomość tego, że powinnam - też. Ale śmiałości - za grosz. I pewności, że gdybym upadła, nie zdążę, bo będzie miał mnie kto przytrzymać za rękę. Teraz już wiem, że dam radę. Że przy odrobinie chęci i wsparcia... dotrę. Do tego, co dla mnie ktoś, gdzieś, kiedyś, określił jako cel.


I tak, jak nie lubię wierszy, tak ten sprawia, że chce mi się iść.


Droga nie wybrana - Robert Frost
tłum. Stanisław Barańczak

Dwie drogi w żółtym lesie szly w dwie różne strony:

Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżznym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej z dróg, azż po jej zakręt oddalony,
Gdzie widok niknął w gęstych krzakach i konarach;

Potem ruszylem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Możze warta wyboru z tej jednej przyczyny,
Że, rzadziej użzywana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo, jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny,
Pełne liści, na których w tej porannej porze
Nie znaczyly się jeszcze śladów czarne smugi.

Och, wiedzialem: choc pierwszą na później odłożę,
Drogi nas w inne strony prowadzą -i może
Nie zjawię się w tym samym miejscu po raz drugi.
Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzylo mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechalem tą mniej uczęszczaną -
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.

wtorek, 9 grudnia 2008